wtorek, 5 marca 2019

Misyjny półmetek


Pół roku w Zambii minęło, że nawet nie wiem kiedy (!). Od stycznia zbieram się do napisania kilku słów na bloga, o tym jak podsumowałam poprzedni rok, jednak finalnie dziś udało się znaleźć czas. Co prawda mamy już marzec i moda na refleksje oraz postanowienia noworoczne dawno minęła, jednak z racji rozpoczynającego się Wielkiego Postu myślę, że można podjąć próbę pokonania naszych słabości, których być może z różnych powodów wcześniej nie udało się wcielić w życie. Wracam więc do refleksji z ubiegłego roku i mojego misyjnego „półmetka”, który przyniósł dużo zmian.

Początek roku to podobno dobry czas na wszelkiego rodzaju podsumowania. Do tej pory zawsze w grudniu z sentymentem przeglądałam moją kolekcję biletów z koncertów i festiwalu, na których miałam okazję wspólnie z „moją ekipą” dobrze się bawić i zrestartować umysł od trosk życia codziennego. Tym razem zeszłoroczne podsumowanie zamyka się dosłownie w kilku wydarzeniach muzycznych, więc i za bardzo w tej materii nie mam czym się pochwalić. Z uśmiechem na ustach, czując też lekkie ukłucie tęsknoty w sercu, wspominam jednak wszystkie muzyczne wypady – te dokładnie zaplanowane i te, na które spontanicznie zdecydowałam się w ostatniej chwili. Każde z nich oczywiście było bardzo udane, za co dziękuje osobom z którymi miałam przyjemność dzielić te chwile.

Z ręką na sercu muszę przyznać, że ubiegły 2018 rok był jednym z najbardziej szalonych w całej ponad (dużo ponad) ćwierćwiecznej ziemskiej karierze! Moje starannie zaplanowane życie zostało wywrócone do góry nogami (jak to niektórzy bardziej „mądrzejsi” z matematyki mówią: o 360 stopni) nie tylko za sprawą wyjazdu do Zambii, ale przede wszystkim za sprawą ludzi których Bóg postawił na mojej drodze. I to właśnie uważam za mój największy sukces - nie tylko w roku minionym, ale w całym życiu – osoby, z którymi mogę dzielić moje chwile smutku i radości. Ci, których spotykam na swojej misyjnej drodze i Ci, których znam już bardzo długo. Osoby, które codziennie mnie wspierają swoją modlitwą i dobrym słowem i Ci którzy czasami się ze mną (zdalnie) przedrzeźniają. Każda z tych relacji jest dla mnie bardzo cenna i za każdą w swojej codziennej modlitwie dziękuję Bogu.

W 2018 roku postawiłam na swoje rozeznanie do powołania misyjnego. Mając już na początku roku perspektywę wyjazdu na wolontariat misyjny (we wrześniu 2017 roku zaczęłam formację), wiedziałam że bardziej muszę się skupić na sobie – na moich słabościach, które chciałam wyeliminować i na dobrych stronach, które w planach miałam pielęgnować. Proza życia codziennego, wespół z moim nie łatwym (jednak!) charakterem oczywiście zweryfikowały plany i z tą pracą nad sobą różnie wyglądało, jednak sam fakt, że dziś jestem w Zambii na wolontariacie misyjnym można uznać za duże osiągnięcie. Może nawet jedno z największych.

A jak wyglądało właśnie ostatnie pół roku mojego życia? Tutaj pojawia się cała paleta emocji i zdarzeń, które w normalnych (czytaj polskich) warunkach pewnie nigdy by mi się nie przydarzyły. Po pierwsze – nigdy by mi do głowy nie przyszło, że będę pracować w przedszkolu! Dzieci co prawda bardzo lubię, jednak fakt, że 5 i 6 latkowie będą się do mnie zwracać „Ticza Ewelina” (nauczycielka) nawet w snach nie pojawiał się w mojej głowie. Przyznam szczerze, że na początku było to dla mnie bardzo dziwne uczucie, jednak z czasem przyzwyczaiłam się już do tego określenia i bardzo dużo radości sprawia mi, jak codziennie rano „moje dzieci” tak się ze mną witają. Oczywiście tutaj też jest mocna dawka szczerych uśmiechów i uścisków, które i na mojej twarzy wywołują przysłowiowego „banana”.

Drugi misyjny aspekt, to życie w zgromadzeniu. Jak wygląda posługa kapłańska i zakonna wiedziałam od zawsze, bo wielokrotnie miałam okazję przyglądać się zwyczajnemu życiu sióstr i księży. Dzięki moim rodzicom, którzy od małego wpajali mi i moim siostrom wartości chrześcijańskie, miałam okazję brać udział w rekolekcjach i angażować się w działania podejmowane w mojej parafii. W tej materii nawet jest kilka dobrych anegdot, którymi być może się kiedyś podzielę. Wracając jednak do życia w zgromadzeniu – co innego jest widzieć, a co innego uczestniczyć. Na początku nie było łatwo wpasować się w tutejszą dyscyplinę. Godzina 6:30 rano to dla mnie był środek nocy, a tutaj okazuje się, że wstać trzeba jeszcze godzinę wcześniej! Mobilizacja do codziennej modlitwy różańcowej i brewiarzowej też łatwa nie była i zanim wypracowałam to u siebie będąc jeszcze w Polsce, to trochę czasu minęło. Żyjąc w zgromadzeniu dbamy o to, aby się wspólnie modlić, co jest dla mnie bardzo budujące, tyle że zarówno dziesiątki różańca jak i nieszpory odmawiamy w języku angielskim. I o ile tutaj jestem w stanie zrozumieć słowa psalmów którymi się modlimy, tak w tygodniu na porannej mszy odprawianej w lokalnym języku bemba muszę się bardzo skupić, aby wiedzieć co się dzieje, bo nic a nic na początku nie rozumiałam. Nie żebym teraz świetnie władała tym językiem, bo tutaj straszne tyły mam, ale przynajmniej kilka tzw. „kościelnych” zwrotów podłapałam. Pomijając jednak te wszystkie misyjne niuanse, dziękuję Bogu, że codziennie doświadczam tutaj ogromu sympatii i życzliwości od sióstr i księży, z tutejszego zgromadzenia. To dzięki nim nie mam czasu myśleć o tęsknocie i to dzięki tym osobom właśnie mogę się tutaj poczuć jak w domu – otoczona życzliwością i miłością. Ostatnio też bardziej mogłam doświadczyć troski i opieki ze strony sióstr. Na początku roku zdrowie mi nie dopisywało i tutejsze siostry wiedząc o tym, za każdym razem wspierały mnie w trudniejszych chwilach, racząc przy tym czymś słodkim. Dla mnie było to bardzo ważne i po raz kolejny utwierdziło w przekonaniu, że Bóg na mojej drodze stawia wspaniałe osoby.

Teraz bardziej przyziemny, ale też istotny temat (przynajmniej dla mnie!): jedzenie. O tym, że warzywa – zwłaszcza te zielone -  „kłują mnie w język” wiedzą wszyscy, z którymi miałam okazję wybrać się kiedyś na wspólny obiad. Z natury jestem mięsożerna, a tylko te wybrane warzywa, lądowały skromnie na moim talerzu tuż obok imponującej porcji mięsa. I jakby mi ktoś pół roku temu powiedział, że na widok fasolki szparagowej i kukurydzy zrobi mi się cieplej na sercu, to kazałabym mu się zwrócić o pomoc do dobrego psychologa… Tymczasem, będąc w Zambii, okazało się, że są to bardzo dobre warzywa! Co prawda siostry na obiad przygotowują je bardzo rzadko, jednak jak już jest to cieszy oko i żołądek. Normalnie na co dzień do obiadu z warzyw jest sama zielenina, która wygląda jak gotowana trawa. Z racji tego, że w Polsce byłam wzrokowcem jeśli chodzi o jedzenie i wychodziłam z założenia, że smakuje mi tylko to co ładnie wygląda i nie jest zielone, na początku ciężko było mi się przełamać do nowych potraw, które nie zawsze tutaj dobrze wyglądają. Okazuje się jednak, że smaki w takich przypadkach też mogą być zadowalające, a i eksperymentowanie z jedzeniem może pobudzić szereg kubków smakowych, o których wcześniej nie miałam pojęcia. Chcąc nie chcąc otworzyłam się więc na nowe doznania kulinarne, które siostry starają się dawkować w naszej kuchni. Tym oto sposobem próbowałam już mięsa z krokodyla, smażonych robaków, gotowanych zielonych warzyw, których nie umiem nawet nazwać, a widok których na początku przyprawiał mnie o gęsią skórkę. W czasie ostatniego lunchu tutejsze Siostry zaczęły mnie podgadywać co do eksperymentów kulinarnych (muszę przyznać, że humory im dopisują w tym aspekcie) i wspólnie ustaliłyśmy listę rzeczy z dość ciekawymi pozycjami, które powinnam jeszcze spróbować…

Najpiękniejsze, co jednak mogło mnie tutaj spotkać to fakt, że Afryka uczy nie tylko cierpliwości i pokory (których mi bardzo potrzeba), ale uczy też jak doświadczać Boga bardziej i lepiej. Będąc na drugiej półkuli, 12 tys. km od domu, przyjaciół, rodziny, bliskich i pozostawiając swoje dotychczasowe życie w Polsce, codziennie konfrontuje się z samą z sobą – z moimi słabościami, lękami, oczekiwaniami. Do tego dochodzi misyjna rzeczywistość – zupełnie inna i momentami niezrozumiała kultura, praca w oratorium z opuszczonymi i ubogimi dziećmi, których widok potrafi ściskać za serce (ale które dają mi niezmiennie dużo radości) oraz życie wśród Sióstr zakonnych, które jest podyktowane pewnymi warunkami. Wszystkie te aspekty składają się na moje tutejszą rzeczywistość, która po pół roku jest dla mnie już czymś normalnym i naturalnym, ale która wymagała też ode mnie zmian w myśleniu i zachowaniu. Przed moim wyjazdem wiedziałam, że mogą pojawić się trudności, jednak uświadomiłam sobie tak naprawdę będąc już tutaj na miejscu, że praca nad samą sobą do najłatwiejszych nie należy. I paradoksalnie, wszelki włożony trud rekompensuje mi właśnie to misyjne życie, którego dziś na żadne inne bym nie zamieniła, a które na początku nie było momentami łatwe i przyjemne. Bóg jednak obdarzył mnie dużą łaską, dając mi możliwość wyjazdu na misję i doświadczania Go w mojej codziennej posłudze. I chociaż pojawiają się czasami trudniejsze dla mnie momenty, to zawierzam Mu każdy swój dzień, dziękując za dar misji w moim życiu i za możliwość pracy nad swoimi słabościami właśnie tutaj w Zambii, gdzie perspektywa jest zupełnie inna. I oczywiście pojawiają  się niekiedy chwile rozczarowania, czy niezrozumienia, jednak staram się przyjmować to z pokorą w sercu i pamiętając, że właśnie w takich chwilach najlepiej wszystko zawierzyć Ojcu.

W przeddzień rozpoczynający Wielki Post, robię sobie rachunek sumienia z ostatniego pół roku, które spędziłam w Zambii - jest nad czym pracować, więc mam też nadzieję, że czas ten przyniesie wiele dobrych owoców. Wierzę też, że pomimo już pewnego rodzaju przyzwyczajenia, Bóg szykuje dla mnie dobre rzeczy i dobrych ludzi, za których zawsze będę dziękować. Bo tak naprawdę będąc tutaj na misjach, uświadomiłam sobie, jak ważne są relacje z innymi. I każda z nich jest cenna – zarówno ta kilkunastoletnia, jak i ta, która może tylko przetrwać czas Zambii.  

P.S.
Na początku roku w Oratorium udało nam się zawiązać klub tenisa stołowego, którego mam przyjemność być liderem! Dla mnie to świetna sprawa, bo bardzo lubię ten sport, a i tutejsze chłopaki mają duże predyspozycje w tym kierunku, więc jest z kim grać dobre mecze. Jednego dnia, kiedy miałam bardzo dobrą passę, nie odchodziłam od stołu przez dwie godziny, cały czas rozgrywając mecze w sali naszego Oratorium, gdzie w moim odczuciu było bardzo gorąco. Kiedy już kończył się czas treningu wyszłam na zewnątrz, aby zaczerpnąć świeżego powietrza i wówczas zleciały się wokół mnie dzieci, pytając co mi jest i czy nie jestem chora. Również chłopaki z mojego tenisowego teamu, kiedy ujrzeli mnie w świetle dziennym, bardzo się zmartwili moim wyglądem, dopytując czy nie powinnam jechać do lekarza sprawdzić co się dzieje… Problem polegał na tym, że ja nie miałam pojęcia o co w ogóle chodzi! Dopiero jak zobaczyły mnie niemieckie wolontariuszki, to zaczęły się śmiać, radząc abym przejrzała się w lusterku, bo moja twarz ze zmęczenia i gorąca, wygląda jak burak. Przeglądając się w przedniej kamerze telefonu, uspokoiłam wszystkich, że nie umieram, tylko po prostu jak się męczę to taka jest reakcja mojego organizmu i twarz robi mi się czerwona. Usłyszałam wówczas od chłopaków z mojego teamu, że zaniosą mnie do domu (na rękach!), skoro tak się zmęczyłam… Bóg stawia na mojej drodze naprawdę wspaniałych ludzi!













piątek, 28 grudnia 2018

„Święta, święta i po świętach…”

Aż ciężko uwierzyć, że ten czas tak szybko leci i już blisko cztery miesiące jestem w Zambii! Pamiętam, że przed moim wyjazdem zastanawiałam się, jak będą wyglądać właśnie święta tutaj no i sam czas przygotowań. Zawsze przy tym pojawiało się pytanie: Czy będzie tak samo jak w Polsce? A chwilę później uśmiechałam się do siebie w myślach, że to przecież oczywiste, że będzie zupełnie inaczej. Pod jakim tylko względem inaczej?

Ostatni miesiąc w Mansie był dla mnie bardzo pracowity (!). Z uśmiechem więc na twarzy wspominam moje ogromne rozczarowanie i też poniekąd irytację, które dawały się we znaki na początku pobytu na afrykańskiej ziemi, kiedy to nadmiar wolnego czasu stanowił dla mnie nie mały problem w odnalezieniu się w tutejszej rzeczywistości. Ludzkiej natury chyba jednak nie da się oszukać – i jak na polkę przystało – musiałam trochę pomarudzić moim znajomym i rodzinie, że „wysokie obroty” to stwierdzenie, którego w Zambii nie da się uświadczyć, a którego ja doświadczałam niemal na każdym kroku będąc w Polsce. Teraz, z perspektywy blisko czterech miesięcy, gdzie już w pełni się zaaklimatyzowałam i z większością tematów przystosowałam do życia tutaj, zastanawiam się czy to rzeczywiście zmieniło się moje podejście, czy jednak i w Afryce czasami zdarza się nadmiar zajęć, bo jakoś ciężko mi się ostatnio „wyrobić” z obowiązkami i znaleźć czas na chociażby napisanie kilku słów na bloga.

Wracając jednak do tego, że było bardzo pracowicie przez ostatnio miesiąc, to rzeczywiście na mojej placówce co chwilę się coś działo. W przedszkolu mieliśmy testy końcowe, których wyniki decydowały o tym, którzy uczniowie otrzymają promocję do następnej klasy. Cały tydzień więc z nauczycielką Gween sprawdzałyśmy wiedzę naszych dzieci, które dzielnie odpowiadały na zadane przez nas pytania oraz z jak największą starannością wykonywały zadania na arkuszach testowych. Dla mnie samej było to bardzo męczące, bo jednak czasami jeszcze różnice językowe pojawiają się w pracy z dziećmi, stąd też i ja niekiedy musiałam rozszyfrowywać odpowiedzi w języku Bemba moich małych podopiecznych, nieźle się przy tym główkując. Dobra wiadomość jednak jest taka, że wszyscy moi uczniowie zdali i będę miała okazję pracować z nimi od stycznia już w klasie wyżej – ostatniej przedszkolnej. 5 grudnia zakończyliśmy też rok szkolny i tym samym zaczęły się miesięczne wakacje.

Zaraz po przedszkolnych testach, w naszym oratorium, zorganizowaliśmy szkolenie dla obecnych i przyszłych liderów, którzy pracują z tutejszymi dziećmi. Od piątku do niedzieli (30.11 – 02.12) miałam okazję przede wszystkim lepiej poznać młodzież  z którą pracuję na co dzień oraz przepracować kilka tematów, ważnych przy relacjach z dziećmi. W udziale przypadło mi także poprowadzić warsztat pt. „Jak rozwiązywać konflikty”, których tutaj na co dzień nie brakuje i które czasami wymagają od nas szybkiej i zdecydowanej reakcji. Bardzo mnie ucieszyły wnioski moich słuchaczy, które już widzę, że zaczynają dobrze pracować w naszej oratoryjnej rzeczywistości. No i mogę się pochwalić, że moja drużyna zdobyła pierwsze miejsce w grze terenowej, która wymagała nie tylko dobrej kondycji fizycznej, ale przede wszystkim pracy zespołowej. Taki zespół się chwali!

W tak zwanym międzyczasie - w naszej krawieckiej szkole zawodowej - zaczęliśmy realizację projektu, dzięki któremu tutejsza młodzież uczy się podstaw szycia i stolarstwa. Świetna inicjatywa Siostry  Florence, która jest właśnie odpowiedzialna za szkołę i która pozyskała rządowe środki, aby stworzyć warunki nauki i rozwoju dla osób bezrobotnych. W harmonogramie działań projektowych są nie tylko zajęcia praktyczne, ale też coś w rodzaju podstaw przedsiębiorczości. Młodzi ludzie więc mają okazję zdobyć umiejętności stricte zawodowe oraz wiedzę, która pozwoli im po zakończeniu projektu otworzyć własny biznes. Głęboko wierzę, że wykorzystają daną im szansę, która tutaj nie często się zdarza. A dlaczego wspominam o tym projekcie? I ja poniekąd jestem zaangażowana w jego realizację, co daje mi dużo satysfakcji. Co prawda jest to dla mnie, w pewnym sensie, nowe doświadczenie i aby się wgryźć w temat, to musiałam podszkolić swoją wiedzę. Cieszy mnie jednak fakt, że będąc tutaj na misjach mogę też w takich tematach wesprzeć pracę Sióstr. Dla jasności – zajmuje się dokumentacją projektu. Żeby czasami komuś do głowy nie przyszło, że ja tutaj przygodę z szyciem zaczynam, bo to zdecydowanie nie moja praktyka. Chociaż… to Afryka, więc nie ma rzeczy niemożliwych i mam jeszcze trochę czasu, to kto wie?

Zbliżające się święta Bożego Narodzenia zainspirowały jedną z tutejszych Sióstr, Sr Josephine, do zorganizowania dla dzieci z oratorium świątecznego campusu. Idea była bardzo prosta, ale jednocześnie bogata w swoim założeniu – ukazać dzieciom prawdziwe znaczenie przyjścia na świat Dzieciątka Jezus. Kiedy Siostra powiedziała mi o tym pomyśle, w głowie pojawiła się myśl o znanym mi dobrze z Polski przedświątecznym szale zakupowo – kuchenno – sprzątającym, na który poświęcamy 120% naszej energii i tak naprawdę często zapominamy, że to nie wypasione prezenty są w tym czasie najważniejsze. Tutaj też naszła mnie refleksja, że takie campusy to może bardziej powinny być organizowane w Polsce dla dorosłych, a nie dla dzieci. W końcu to oni są przykładem dla najmłodszych i często sami napędzają właśnie takie postawy.

W skrócie z Siostrą omówiłyśmy harmonogram weekendowego campusu i wspólnie zastanawiałyśmy się jak logistycznie przygotować nie tylko zajęcia, ale też posiłki, spanie etc. Z pomocą przyszli moi znajomi i znajomi znajomych z Polski, którzy wsparli nas przy organizacji tego wydarzenia. Dzięki tym wspaniałym ludziom udało nam się połapać nie tylko posiłki dla dzieci, ale też zakupić drobne słodkości (które tutaj są prawdziwym rarytasem). Wdzięczności i radości naszych uczestników nie było końca, co tym bardziej było dla nas bardzo motywującym bodźcem w czasie aktywnego weekendu. Ja również miałam okazję opowiedzieć tutejszym dzieciom jak wyglądają święta w Polsce i przy okazji przekazać im pozdrowienia przesłane przez moich znajomych, za które również bardzo dziękuję!

Na tydzień przed świętami na moją placówkę przyjechały Ani i Żaneta, które na co dzień posługują w stolicy Zambii w City of Hope. Z racji tego, że ja miałam okazję kilkakrotnie już odwiedzać je w COH, zdecydowałyśmy że święta spędzimy u mnie. No bo to, że będziemy wspólnie celebrować jedno z najważniejszych i chyba najbardziej rodzinnych świąt, ustaliłyśmy już na początku naszego pobytu w Zambii.

Chcąc się dowiedzieć, jak w Mansie wyglądają święta, przez kilka dni próbowałyśmy podpytać Sióstr na mojej placówce o ten temat i uzyskać też nieco rad, czy i jak my powinniśmy się przygotować. Zabawne było to, że w tym czasie nie było akurat na miejscu naszej przełożonej, a każda z Sióstr którą pytałyśmy odpowiadała, że i jej są to pierwsze święta tutaj, więc ciężko cokolwiek powiedzieć i doradzić. Wszystkie jednak zgodnie zapewniały, że jedno jest pewne – będziemy świętować przyjście na świat Dzieciny Bożej. Wspólnie z dziewczynami stwierdziłyśmy, że jakkolwiek by nie miały wyglądać święta, to trochę polskiego akcentu na zambijskiej ziemi nie zaszkodzi i warto przygotować jakieś sztandarowe wigilijne potrawy. Weryfikując więc skład produktowy niektórych z nich, z dostępnym asortymentem w Zambii i tym, w który zaopatrzyłyśmy się wyjeżdżając z Polski oraz przesłanym w paczkach do dziewczyn w stolicy, udało nam się wspólnymi siłami zrobić pierogi z farszem z ziemniaków, grzybów i cebulki zasmażanej oraz barszcz… co prawda ten akurat był z torebki, jednak przygotowany na polskiej kostce rosołowej i odpowiednio doprawiony, smakował prawie jak swojski! Na słodko, poza kruchymi ciasteczkami z posypką, postanowiłyśmy upiec szarlotkę z kruszonką - miała być z bezą, ale jak się okazało, blenderem nie da się zrobić piany z białek.

W niedzielę, 23 grudnia, naszą placówkę odwiedził tutejszy Biskup (bardzo przyjazny i sympatyczny człowiek), aby wziąć udział we wspólnym kolędowaniu, które odbyło się w na sali gimnastycznej oratorium. W programie poza śpiewami i tańcami działających tutaj grup muzycznych znalazły się także odgrywane przez dzieci sceny z historii narodzin Jezusa, do których wstęp stanowiły odpowiednie fragmenty Ewangelii. I nam wolontariuszom przypadł zaszczyt zaprezentowania swoich zdolności wokalnych – jeśli o takowych można w ogóle mówić, w moim przypadku! Po dwie ojczyste kolędy przygotowały reprezentacje niemiec w składzie Lucya, Hannah i Rosa oraz, dumnie krocząca na scenę, reprezentacja Polski w składzie Ewelina, Ania i Żaneta. Wspólnie zaśpiewałyśmy też i na szybko opracowałyśmy układ taneczny do świątecznej piosenki „Merry X Mass”… no bo co to by były za śpiewy w Zambii bez tańców, za które z resztą zebrałyśmy gromkie brawa od niewielkiej już widowni, bowiem na scenę weszłyśmy w okolicach godz. 20:00, a sama impreza zaczęła się o godz. 15:00. Cośmy jednak się naśpiewały, natańczyły i przede wszystkim naśmiały - to nasze!

24 grudnia jedna z Sióstr na mojej placówce świętowała swoje urodziny. Jak co dzień zasiadłyśmy do stołu wspólnie z innymi Siostrami w czasie lunchu i tutaj pojawiło się nasze pierwsze zdziwienie: na obiad serwowane jest mięso! Zerknęłyśmy po sobie, z taki samym pytaniem w głowie „To tutaj nie ma postu w czasie wigilii?”. Okazało się, że nie, a co lepsze – po obiedzie, z racji właśnie przypadających urodzin Siostry Margaret, był czas na ciasto i lody! Oczywiście do tego śpiewy, tańce i życzenia. I my w naszym ojczystym języku odśpiewałyśmy „sto lat” oraz nie omieszkałyśmy się poczęstować kawałkiem ciasta i lodami. Skoro taka tradycja tutaj, to trzeba się dostosować. A że i słodkie lubię, to jakoś tak łatwiej się było przełamać.

W czasie obiadu dowiedziałyśmy się, że o godz. 18:00 jest msza wigilijna, a po niej wspólnie z Siostrami uroczysta kolacja z kolędowaniem i prezentami. Znając realia czasowe w Zambii, oszacowałyśmy że msza pewnie skończy się chwilę po godz. 20:00, kolacja jakieś dwie godziny, więc później będzie czas, aby połączyć się z rodziną w Polsce i złożyć życzenia naszym najbliższym… Finalnie z kościoła wyszłyśmy około godziny 22:00, gdzie w  czasie mszy „wytańczyłyśmy i wyśpiewałyśmy się za wszystkie czasy”! Liturgi okraszona była szeregiem tańców i pieśni, w które włączali się wszyscy zebrani wierni. Ludzie z uśmiechem na ustach uskuteczniali znane już nam „pląsy” do których i my się przyłączałyśmy, a przed ołtarzem – w odświętnych strojach – tańczyły dziewczynki z opracowaną do perfekcji choreografią. Na twarzach ludzi widać było autentyczną radość, a niektórym tutejszym kobietom nie przeszkadzały nawet w tańcu zawinięte na ich plecach  i śpiące w chitengach ich pociechy.

Po Mszy udałyśmy się do Sióstr na kolacje i tutaj nasze kolejne zaskoczenie – stół nie ugina się od dwunastu potraw, nie ma sianka pod obrusem i tradycji dzielenie się opłatkiem! Było za to symboliczne „Merry Christmas” ze wszystkimi, kolacja, gdzie również pojawiły się produkty mięsne, a po nich właśnie zapowiedziane wcześniej kolędowanie i szukanie prezentów pod choinką. Mając już doświadczenie w śpiewaniu kolęd (dzień wcześniej w oratorium), wspólnie z Anią i Żanetą wykonałyśmy pastorałkę „Gore gwiazda Jezusowi” podrygując przy tym, jak na polską nutę przystało! Również moja misyjna towarzyszka Lucya i Siostry odśpiewały kolędy w swoich ojczystym i lokalnym języku, dzięki czemu zrobiło się bardzo międzynarodowo. Przy dźwiękach świątecznej piosenki każda z nas tanecznym krokiem podchodziła do przyozdobionej choinki (sztucznej oczywiście z plastikowymi bombkami) szukając dla siebie prezentu. Trzeba więc było wykazać się umiejętnościami tanecznymi, którym towarzyszył śmiech i doping za każdy to lepiej, bądź bardziej szalenie, wykonany krok – w przypadku zarówno wolontariuszy, jak i przede wszystkim Sióstr. Wszyscy bawiliśmy się przy tym bardzo dobrze – jak na Salezjańską wspólnotę przystało!

Bilsko północy ja i dziewczyny udałyśmy się, aby złożyć też życzenia księżom mieszkającym po sąsiedzku i obdarować ich słodkim upominkiem, w podziękowaniu za pomoc i wsparcie, jakie okazują mi i Lucy. Wspólnie też podjęliśmy próby wypuszczenia lampionów w kształcie serca, z dachu nowobudowanego domu dla wolontariuszy, które sukcesem się raczej nie zakończyły, bo zaledwie jeden z nich dostał „wiatru w skrzydła” i to też nie na długo. Dobre jednak było to, że nie wznieciliśmy żadnego pożaru i żadne ze słomianych domostw w sąsiedztwie nie ucierpiało.

W tzw. „pierwszy dzień świąt” udałyśmy się na wspólny obiad z Siostrami, na który właśnie przygotowałyśmy wspomniane wcześniej pierogi i szarlotkę. Również moja niemiecka towarzyszka przygotowała jedną z potraw, która pojawia się u niej na świętach i która przypominała nieco pizze (zapiekane ciasto z ziołami, cebulą i boczkiem). Siostrom nasze „popisowe dania” chyba przypadły do gustu, bo chętnie się nimi częstowały, dziękując za ich przygotowanie. One same przyrządziły mięso, shime, ryż i warzywa. No i były lody, bo bez tego nie ma prawa bytu żadne świętowanie… Wieczorem spotkałyśmy się z wolontariuszkami, które są u księży (Hannah i Rosa), aby wymienić się doświadczeniami misyjnymi i wspólnie pokolędować. Był to też czas na próby skomunikowania się z naszymi rodzinami, chociaż problemy z siecią tego dnia dawały się jakoś bardziej we znaki.

„Drugi dzień świąt”- 26 grudnia – który w Zambii jest normalnym dniem, spędziłyśmy u polki Siostry Marty ze zgromadzenia Sióstr Służebniczek, która również posługuje na misjach w Mansie. Wymieniłyśmy się z Nią pierogami, bo i ona takowe przygotowała z racji świąt, tyle że z nadzieniem z sera żółtego i cebulki oraz zostałyśmy ugoszczone czekoladowym ciastem. Miałyśmy okazję wysłuchać kilku historii Siostry z ponad 30-letnim stażem misyjnym, które w niektórych momentach przyprawiły nas o dreszczyk strachu oraz… połamać się opłatkiem i złożyć sobie życzenia! Siostra, wiedząc że ją odwiedzimy, zostawiła kawałek „białego chleba”, aby wspólnie z nami się nim przełamać. To był jeden z tych momentów, kiedy zrobiło nam się cieplej na sercu…

Polskim zwyczajem - chciało by się rzecz - „święta, święta i po świętach!”. Tegoroczne Boże Narodzenie przyszło mi spędzić inaczej niż zwykle. Ciężko też oceniać, czy były to lepsze, czy też gorsze święta. Po prostu były inne. Miałam okazję zobaczyć, jak świętuje się narodziny Zbawiciela na drugiej półkoli oraz przeżyć je w towarzystwie teoretycznie obcych mi ludzi. Dużo rzeczy było innych, jednak to, co prawdziwie ważne w tym czasie, pozostało niezmienne – narodziło się Dziecię Boże! I to jest wystarczający powód do radości i świętowania, nawet jak się nie ma przy sobie bliskich, a za oknem temperatura wacha się w granicach 25 stopni. Oczywiście przychodzi w tym czasie tęsknota za rodziną, tradycjami i nawet za „Kevinem” w telewizji, jednak są to bodźce, które pozwalają na jeszcze głębsze i bardziej autentyczne przygotowanie swojej duszy na wewnętrzne świętowanie przyjścia Zbawiciela.

P.S Ludzie w Zambii nie ozdabiają choinek w swoich domach, bo takowe też tutaj nie rosną. Można oczywiście zakupić sztuczne drzewka, które pojawiły się w sieci supermarketów „Shoprite” w… październiku! Niewiele jednak osób stać na taki zakup, stąd też tylko w niewielu domach pojawiają się świąteczne drzewka. W naszym mieszkaniu dla wolontariuszy jednak udało się znaleźć niewielką choinkę, którą wspólnie z Lucya ozdobiłyśmy. Brakowało mi co prawda na niej szklanych bombek, do których mam ogromny sentyment z racji mojej pracy w Polsce, ale w zamian zawisły inne ozdoby. Również w domu Sióstr u których jesteśmy na placówce, pojawiły się drzewka świąteczne, a pod jednym z nich prezenty, po które to tanecznym krokiem zmierzałam w wigilijną noc – Ania i Żaneta twierdzą, że mój taniec należał do jednego z ciekawszych występów tego wieczoru. A co znalazłam pod choinką? Lizaki i skarpetki...różowe! Będę je nosić, zapominając, że na metce mają napis „made in China”.





















poniedziałek, 12 listopada 2018

Każda dobra dusza jest jak świeca


Miesiąc listopad zawsze skłania do głębokich refleksji w tematach egzystencjalnych. Pewnie z racji tego, że 1 i 2 listopada w sposób szczególny pamiętamy o zmarłych, a z kolei 11 listopada świętujemy odzyskanie Niepodległości, za którą też stoją setki pomordowanych, walczących za naszą wolność. No i do tego dochodzi jeszcze pogoda, która z racji jesiennej pory roku, do najprzyjemniejszych raczej nie należy. Tak się dzieje w Polsce. A jak to wygląda na drugiej półkuli? Prawie tak samo, tylko z kilkoma istotnymi różnicami…

Cofam się o kilka miesięcy do czasu, jak jeszcze byłam w Polsce. To był jeden z ostatnich dni w mojej pracy (drugi tydzień sierpnia). Będąc wówczas sama w biurze zobaczyłam, że do drzwi zbliża się jakaś kobieta, skinieniem głowy zachęciłam więc ją, aby weszła do środka i od razu zagadnęłam w czym mogę pomóc. W odpowiedzi usłyszałam, że owa Pani szuka nikogo innego jak Eweliny Paździor, a słysząc, że to właśnie ja, szeroko się uśmiecha i zaczyna mówić, czemu zawdzięcza tą wizytę.

Otóż, wspomniana kobieta - Pani Mirosława, jest bratanicą jednego z księży Salezjanów, który przez bardzo długi czas pracował na misjach w Zambii i tutaj też zmarł w 2009 roku, a ciało jego pochowano na cmentarzu w miejscowości Kasisi (niedaleko stolicy). Jak wspominała Pani Mirosława, nikt z rodziny nie miał okazji jak dotąd odwiedzić grobu jej stryja, stąd też jak tylko przeczytała w jednym z numerów Misji Salezjańskich notatkę o tym, że wyjeżdżam właśnie do Zambii z kilkoma innymi wolontariuszami, postanowiła mnie znaleźć i prosić o małą przysługę. Z pomocą przyszedł jej jeden z artykułów w lokalnej prasie, traktujący o moim wyjeździe na misje, gdzie dziennikarka Agnieszka wspomniała, czym obecnie się zajmuje i gdzie na co dzień pracuję. Pani Mirosława więc, w czasie naszego pierwszego spotkania, zapytała czy może przekazać mi symboliczny znicz, który – jeśli będzie taka możliwość – będą mogła zaświecić na grobie jej stryja, Ks. Józefa. W kilku zdaniach zrelacjonowała mi, czym się w Zambii zajmował Ks. Józef, na jakich placówkach posługiwał i jak to się stało, że jego miejsce spoczynku jest właśnie w dalekiej Zambii. Odpowiedziałam, że oczywiście dołożę wszelkich starań, aby wypełnić tą „małą misję”, będąc już na miejscu. Pani Mirosława zapewniła mnie też o swojej modlitwie w intencji całego Dzieła Misyjnego, w tym szczególnie rodziny Salezjańskiej (misjonarzy i wolontariuszy), która z racji osoby Ks. Józefa jest jej bardzo bliska.

Pamiętam, że po tym jak Pani Mirosława przekazała mi znicz z krótką notatką o Misjonarzu i kontaktem do siebie, pożegnałyśmy się i wróciłam do swoich obowiązków, starając się dopiąć jeszcze ostatnie tematy w pracy. Tak naprawdę kiedy przyjechałam do domu i opowiedziałam mojej mamie o tym niecodziennym spotkaniu, dotarło do mnie, że Bóg po raz kolejny utwierdził mnie w przekonaniu o słuszności mojej decyzji, co do samego wyjazdu na misje i że to z pewnością nie przypadek, że akurat zostaje posłana do Zambii. Co prawda nie miałam wtedy pojęcia, gdzie jest miejscowość Kasisi, a co dopiero znajdujący się tam cmentarz. Zasadniczo – niecały miesiąc przed wylotem - w ogóle nie miałam pojęcia o niczym w temacie przemieszczania się z punktu A do punktu B w Zambii. Byłam jednak jakoś spokojna o to, w końcu trochę czasu miałam spędzić na zambijskiej ziemi, więc pomyślałam, że z pewnością ogarniemy temat. Otuchy dodawał fakt, że Kasisi leży właśnie niedaleko stolicy (jak później sprawdziłam na mapie), gdzie też na rocznej misji będą Ania i Żaneta, więc zawsze mogłam je poprosić o tą przysługę. I tak też zrobiłam, kiedy byłam po przylocie do Zambii właśnie na placówce u dziewczyn i widziałam, że logistyka poruszania się tutaj wcale do najłatwiejszych nie należy – zwłaszcza, że na co dzień przebywam na północy Zambii, jakieś 750 km od wspomnianego Kasisi…

Ponad dwa tygodnie temu okazało się, że po raz kolejny muszę jechać do stolicy. Sama myśl o długiej podróży w autobusie nie wywołała u mnie jakiejś szczególnej radości. Optymizmem napawał jednak fakt, że to ostatnia (mam nadzieję!) podróż do Lusaki w tym roku, gdzie miałam do odebrania swoje dokumenty dotyczące pobytu na zambijskiej ziemi. No i możliwość spotkania się i porozmawiania z Anią i Żanetą, które są w City of Hope w Lusace, stanowiła ogromną wartość dodaną całego przedsięwzięcia. W ostatnich dniach października udałyśmy się więc wspólnie do urzędu migracyjnego, aby odebrać długo wyczekiwane przez nas dokumenty, a później miałyśmy trochę czasu aby wymienić się spostrzeżeniami i doświadczeniami ze swojej dwumiesięcznej misji.

Mój pobyt w Lusace zbiegł się właśnie z datą 1 i 2 listopada – dniem Wszystkich Świętych i tzw. „dniem zadusznym”. Wtedy przyszedł wówczas do głowy pomysł, że może udałoby się nam odwiedzić cmentarz w Kasisi i postawić na grobie Ks. Józefa przekazany przez jego bratanicę znicz. Zaczęłyśmy  dopytywać więc siostry i dziewczyny w placówce w City of Hope (COH), jak u nich wyglądają obchody tych świąt. Przyzwyczajone do tego, że w Polsce jest to dzień wolny i odwiedza się groby najbliższych, uczestnicząc we mszy odprawianej właśnie na cmentarzu i szczególnie prosząc o łaskę zbawienia dusz w czyśćcu cierpiących oraz wspominając świętych naszego kościoła, zakładałyśmy że i tutaj w tych dniach będzie się działo coś szczególnego. Ku naszemu ogromnemu zdziwieniu, okazało się, że 1 listopada to normalny dzień pracy i szkoły, tyle tylko, że zgodnie z kalendarzem wspomnień liturgicznych są wówczas dwa czytania. Podpytałam więc Przełożoną w COH, czy wie gdzie jest cmentarz w Kasisi i jak ewentualnie możemy się tam dostać, relacjonując jej pokrótce, z jaką misją się udajemy. W odpowiedzi usłyszałam, że droga wcale „nie jest trudna i że nie jest daleko” – trzeba po prostu się kierować, tak jak w stronę lotniska i później skręcić w lewo, czyli jakieś około 40 km. Dobrze, że na lotnisku w Lusace byłam raz w życiu i zapamiętałam drogę…

Opracowując plan dotarcia do Kasisi, wpadła mi do głowy myśl, że w czasie ostatniego pobytu w stolicy, kiedy uczestniczyliśmy w polskim meetingu, miałam okazję poznać kilku polskich księży i siostry, posługujących właśnie w Lusace. Przemknęła mi wówczas myśl, że skoro to Polacy, to i może tutaj podobnie celebrują 1 i 2 listopada, jak w swoim ojczystym kraju i może akurat ktoś z nich właśnie przy okazji tego święta planuje odwiedzić Kasisi, gdzie jak się później okazało, jest pochowanych wielu moich rodaków. Skorzystałam wiec z dobrodziejstwa XXI wieku i odnalazłam „na Internecie” Ks. Andrzeja, u którego de facto miałam okazję być na 25-leciu święceń kapłańskich w tym roku w Różanymstoku (nasz SOMowy rok formacyjny miał tam wówczas rekolekcje). Napisałam więc do mojego rodaka co i jak z pytaniem, czy może nam jakoś pomóc w tym temacie. Na odpowiedź nie musiałam długo czekać. Ks. Andrzej skontaktował się ze mną i powiedział, że z pewnością Ksiądz Prowincjał wybierze się (jak co roku) do Kasisi, więc i nas przy okazji może zabrać. A jeśli nie uda mu się z nim skontaktować, to po południu osobiście po nas przyjedzie, bo jednak odległość z naszej placówki do Kasisi wcale nie jest taka mała i łatwa do pokonania. Finalnie udało nam się 2 listopada uczestniczyć we Mszy Św. na cmentarzu w Kasisi, której przewodniczyli… polscy kapłani.

Po odprawionej mszy, księża święcili tutejsze groby, a ja wspólnie z Anią i Żanetą udałyśmy się na poszukiwanie mogiły Ks. Józefa Gottera. Cmentarz w Kasisi, porównując do niektórych polskich, wcale nie wydawał się duży, stąd też bez trudu odnalazłyśmy miejsce spoczynku Ks. Józefa. Modląc się nad jego grobem podszedł do nas również wspomniany Ks. Andrzej, dzięki któremu tutaj się znalazłyśmy, aby poświęcić mogiłę swojego współbrata salezjańskiego. Z dumą „odpaliłam” (tzn. włączyłam, bo to elektryczny) znicz i zrobiłam kilka zdjęć, które obiecałam wysłać Pani Mirce. Bóg dobrze zadziałał w tym temacie – udało się wykonać misję i przy okazji doświadczyć na zambijskiej ziemi polskich akcentów.

Na cmentarzu w Kasisi udało nam się odnaleźć również groby innych polaków – głównie księży i sióstr, chociaż trafiały się także osoby świeckie. „Wieczny odpoczynek…” udało mi się odmówić przy mogile Ks. Kazimierza Cicheckiego, jednego z pierwszych salezjanów na zambijskiej ziemi, którego listy (wydane w formie książki „Moja Nowa Ojczyzna) poświęcone tutejszej pracy misyjnej właśnie zaczęłam czytać.


Za sprawą 100 - rocznicy Odzyskania Niepodległości przez Polskę, tegoroczny listopad jest dla nas polaków ważnym i poniekąd przełomowym miesiącem. W jednym z ostatnich wpisów wspominałam o „prezencie od Boga”, którym była możliwość uczestniczenia w koncercie Maleo, organizowanym właśnie z okazji okrągłej rocznicy święta Niepodległości. Pisałam wówczas też o „genialnym poczuciu humoru Boga”, którego i tym razem mogłam doświadczyć. Mianowicie, miało mi przyjść spędzić setną rocznicę odzyskania niepodległości przez mój kraj w towarzystwie trzech wolontariuszek z… niemiec. Na myśl o tym, uśmiechałam się i dziękowałam, za dar wolności, dzięki któremu pewnie mogłam się właśnie znaleźć w Zambii i tym samym też poznać te wolontariuszki, z którymi na co dzień się świetnie dogaduje.

I w tym temacie Bóg sobie ze mnie zażartował i jednocześnie zadziałał, bo okazało się, że na moją placówkę na weekend przyjechały dwie polskie Siostry Salezjanki – Siostra Ryszarda i Siostra Zofia - również przodowniczki jeśli chodzi o tworzenie dzieła misyjnego na zambijskiej ziemi. Wspólnie z tutejszymi Siostrami uczciłyśmy więc wczorajsze święto modlitwą za Naszą Ojczyznę. Wizyta polskich Sióstr była też dla mnie okazją do rozmowy i podzielenia się swoimi przemyśleniami z dotychczasowego pobytu w Zambii. Siostry natomiast udzieliły mi wielu cennych wskazówek, głównie jeśli chodzi o przyswajanie tutejszej mentalności, którą niekiedy nadal ciężko mi zrozumieć.

W rozmowie z Siostrą Zofią wspomniałam też o „małej misji”, jaką była podroż na cmentarz do Kasisi i zapalenie, w imieniu rodziny, znicza na grobie Ks. Józefa. Oczywiście okazało się, że S. Zofia miała nie raz okazję spotkać się i nawet pracować wspólnie Salezjaninem, opowiadając przy tym jak wyglądały trudne początki pracy misjonarzy na tutejszej ziemi. Widząc z jakim zadowoleniem i uśmiechem na twarzy, pomimo już sędziwego wieku i zmagania się z dolegliwościami zdrowotnymi, nabytymi właśnie w czasie misji, moja rozmówczyni opowiada o swojej posłudze w Mansie, doznałam mocnego zastrzyku motywacji. W głowie od razu pojawiło się motto Bł. Edumnda Bojanowskiego (założyciel Zgromadzenia Sióstr Służebniczek, posługujących także w mojej rodzinnej parafii) , które właśnie w takich momentach i przy takich osobach się materializuje – „Każda dobra dusza jest jak ta świeca, która sama się spala a innym przyświeca”. W tym kontekście pomyślałam też o wszystkich misjonarzach, którzy często właśnie „spalają się” (praca w zupełnie innym klimacie i w zupełnie innej kulturze może się czasami dawać bardzo we znaki), aby swoją postawą i działaniami przyświecać innym. Niektórzy z nich, jak właśnie Ks. Józef Gotter i Ks. Kazimierz Cichecki, do samego końca pełnili swoją posługę na misjach, poświęcając to co najcenniejsze – własne życie.

W tym miesiącu więc, kiedy szczególnie polecamy w swoich modlitwach naszych bliskich zmarłych, pamiętajmy także o misjonarzach, którzy swoje życie poświęcili dla innych. Dziękując też Bogu za dar wolności, w setną rocznicę odzyskania Niepodległości przez Polskę, włączajmy do naszych modlitw wszystkich tych, którzy oddali swoje życie za wolną Ojczyznę.


P.S.1 Miesiąc listopad to nie tylko nostalgiczne momenty związane ze Świętem Zmarłych i Niepodległością, ale też pogoda, która nie napawa optymizmem. Pochmurne i wietrzne dni, niekiedy już z rannymi przymrozkami i deszczową pogodą, często dawały się odczuć moim stanom emocjonalnym w Polsce. W Zambii natomiast obecnie jednak jest bardzo gorąco, a dosłownie kilka dni temu zaczęła się pora deszczowa – długo przez nas wyczekiwana. Odczuwalna temperatura w ciągu dnia wynosi jednak niekiedy blisko 40 stopni! Deszcz i burze przynoszą powiew świeżości i zbijają temperaturę do około 33 stopni. Nie da się więc tutaj wpaść w nostalgiczne stany emocjonalne, związane z potocznie zwaną „jesienną chandrą”. Zwłaszcza, że gdy pojawia się deszcz, to tym samym na drzewach zaczynają dojrzewać owoce – mango, papaja, awokado i wiele innych, tropikalnych pyszności, które tutaj mam dosłownie na wyciągnięcie ręki! Muszę tylko sobie po nie pójść, tzn. wdrapać się na drzewo.

P.S.2 Wielkie dzięki za akcję „Czekolada dla wolontariusza”! Ci, którzy mnie znają, to wiedzą, że jedzenie sprawia mi ogromną radość (chociaż wchodząc ostatnio tutaj na wagę stwierdzam, że czas znaleźć nowe przyjemności), a czekolada to już w ogóle stanowi podstawowy składnik codziennej porcji witamin, które muszę przysposobić. Tutaj w Zambii taki produkt to prawdziwy luksus, na który mało kto może sobie pozwolić, bo cena standardowej tabliczki czekolady jest kilkukrotnie wyższa niż w Polsce. Dzięki moim bliskim znajomym i znajomym znajomych udało mi się zakupić i poczęstować tutejsze dzieci czekoladą, która wyśmienicie smakowała – zarówno dzieciom, jak i mi… Z całego serca dziękujemy!














sobota, 27 października 2018

Wystarczy być szczęśliwym


Dni w Mansie płyną nieubłaganie szybko. Zaczynam się przyzwyczajać do tutejszej rzeczywistości i żyć zambijskim rytmem – od wschodu do zachodu słońca. Na nudę jednak nie mogę narzekać, zawsze się coś dzieje i zawsze znajdzie się coś, co mnie wprawi w stan zdziwienia. Ale to podobno są dobre znaki od Boga.

Powrót na placówkę do Mansy po mojej blisko dwutygodniowej nieobecności był bardzo zbawienny. Będąc w stolicy i przy okazji doświadczając wspomnianych we wcześniejszym wpisie „Prezentów od Boga” czułam się bardzo dobrze, jednak z tyłu głowy zawsze była myśl, że w tych miejscach jestem na chwilę, a Mansa to „mój zambijski dom”. Tak się złożyło, że minęłam się akurat z niemiecką wolontariuszką Lucya, która również jest na placówce Sióstr w Mansie (mieszka ze mną w jednym domu)  i która akurat tego dnia, kiedy ja wracałam, wyjeżdżała do stolicy. Po długiej i męczącej podróży, wchodząc do mojego domu tutaj poczułam dużą ulgę i radość, że będę mogła wrócić do swoich obowiązków na placówce, ale przede wszystkim do dzieci i osób z którymi już złapałam tutaj kontakt. Kolejny dzień po moim przyjeździe akurat był dniem wolnym z okazji przypadającego w Zambii „Dnia Edukacji”, wiec miałam czas aby też na spokojnie ogarnąć się z domowymi obowiązkami: pranie, sprzątanie i zaopatrzenie lodówki w najpotrzebniejsze produkty – wodę i czekoladę, która tutaj jest dosłownie „na wagę złota”… głównie jeśli chodzi o cenę. Są jednak w życiu przyjemności, których nie jestem w stanie sobie odmówić, a czekolada należy właśnie do jednej z nich.

Będąc pierwszego dnia, po moim powrocie do Mansy, w przedszkolu, gdzie pomagam nauczycielce Gween przy średniej grupie, dowiedziałam się że planowana jest wycieczka naszych podopiecznych do „Samfya Beach” (godzina jazdy od Mansy). I mi więc nauczycielki z przedszkola zaproponowały, abym wspólnie z nimi się wybrała i odwiedziła to wspaniałe miejsce. Po bardzo dobrych nastrojach panujących wśród moich tutejszych koleżanek, dało się odczuć że na wyjazd ten wszyscy czekają z niecierpliwością i ekscytacją. Przez najbliższy tydzień więc – codziennie - w przedszkolu pojawiał się temat wycieczki i towarzyszące temu pozytywne emocje.

Nad jezioro udaliśmy się wspólnie całym przedszkolem, czyli około 70 dzieci, w piątek (12 października). Oczywiście tutaj była cała logistyka wyjazdu, od przygotowania produktów na śniadanie i lunch, po rozmieszczenie dzieci w dwóch autobusach, którymi jechaliśmy na plażę. Z Mansy wyjechaliśmy z lekkim opóźnieniem… raptem 1,5 godziny, więc byłam dumna, że tak szybko się ze wszystkim uwinęliśmy! W drodze do Samfya nie brakowało oczywiście śpiewów dzieci w autobusie, które też na trudniejszych odcinkach dzielnie dopingowały naszego kierowcę okrzykiem „Go, Driver, go!”. Ten natomiast, w odpowiedzi posyłał szeroki uśmiech swoim małym pasażerom, dociskając tym samym pedał gazu do samej podłogi. Zajmując miejsce na przednim siedzeniu, obok kierowcy, kątem oka starałam się zerkać na licznik naszego busa. Kierowca jednak skwitował moje zachowanie zdaniem „Nie bój się, w życiu miałem zaledwie kilka wypadków, ale jak widzisz żyje i nic mi nie jest” wybuchając przy tym głośnym śmiechem, więc przyjęłam to bardziej jako żart, niż dobrą radę. W myślach jednak ucieszyłam się, że „gdyby co” to jestem świeżo po spowiedzi i odwdzięczyłam się kierowcy równie szczerym uśmiechem.

Po godzinie (niekiedy szalonej) jazdy, na miejscu, moim oczom ukazał się piękny krajobraz piaszczystej plaży i ogromnego jeziora, znajdujących się w bliskiej odległości przy drodze. Dzieciom ten widok sprawił równie dużo satysfakcji i z niecierpliwością czekały na sygnał od nauczycielek, kiedy w końcu będą mogły wejść do wody. Najpierw jednak śniadanie, które spożyliśmy w polowych warunkach (obiad zresztą później też). I o ile dzieci świetnie radzą sobie z jedzeniem rękami, mi nadal to sprawia trudność – zwłaszcza jeśli na talerzu jest ryż…

W Samfya spędziliśmy cały dzień. Dzieci wespół w nauczycielkami szalały w wodzie ile się dało i na wszelkie sposoby. Obserwując co się dzieje w wodzie i jak dzieci się wygłupiają, czasami włosy na skórze mi się jeżyły, a moje towarzyszki tylko się ze mnie śmiały, uspokajając że to normalne zachowanie i przecież nic im się nie stanie, jak któreś łyknie trochę wody. Będąc nad brzegiem miałam czas na zbieranie z dziećmi skorupek ślimaków oraz na pogaduchy z paniami i Siostrą pracującymi u nas w przedszkolu, negocjując dla nich przy okazji ceny świeżych ryb oferowanych przez tutejszych rybaków. Tego dnia słońce strasznie grzało (około 35 stopni), chociaż chyba ja byłam jedyną osobą z całego towarzystwa, która to odczuwała, stąd też bez kremu z mocnym filtrem i kapelusza na głowie byłoby bardzo ciężko. Dzieci widząc, że smaruję się czymś pytały po co mi to i z ogromnym zdziwieniem patrzyły, jak nauczycielki tłumaczyły im, że to dla ochrony mojej skóry przed słońcem, aby nie była czerwona jak pomidor. I ja niekiedy przecierałam oczy ze zdziwienia, widząc jak niektóre dzieci po wyjściu z wody miały „gęsią skórkę”. Na naszą placówkę wróciliśmy około godz. 18:00 jak już zachodziło słońce. W drodze powrotnej naturalnie były śpiewy, chociaż zakładałyśmy z nauczycielkami, że już nie będzie na to sił. Dzieci jednak mają niespożyte pokłady energii w sobie. Ja padłam o godz. 20:00, zaliczając wcześniej jedynie prysznic i łącząc się na chwilę przez what’s app z moją Kreatywną KOMpanią z Polski, która tego dnia celebrowała Dzień Edukacji Narodowej. Była to pierwsza w całości przespana przeze mnie noc w Mansie.


Poniedziałki w naszym Oratorium to zawsze czas na spotkanie i omówienie planu pracy na najbliższy tydzień oraz kalendarza wydarzeń wspólnie z wolontariuszkami z Niemiec i chłopakami, którzy są tutaj animatorami. Przed nami wówczas były dwa istotne punkty nad którymi dyskutowaliśmy: organizacja weekendowego spotkania dla młodzieży „Youth Camp” (YC) oraz 54. rocznica odzyskania przez Zambię Niepodległości. Z zakładanego planu udało nam się tylko w dużym skrócie omówić YC, rozważając nad formułą spotkania i tematem przewodnim, którym była postać Matki Bożej. I o ile bardzo dużą sympatią darzymy wspólnie z innymi wolontariuszkami tutejszych chłopaków, którzy starają się robić coś dla dzieci, to w sprawach organizacyjnych na początku ciężko nam się było dogadać. Wydarzenie miało się odbyć w następny weekend, my tak naprawdę nic nie mieliśmy przygotowane, a chłopaki twierdzili, że jest jeszcze mnóstwo czasu i po co się spinać. Przejęłyśmy więc inicjatywę organizatorek (co się bardzo im spodobało) i z pomocą naszych zambijskich kolegów zaczęłyśmy organizować całe wydarzenie – począwszy od ułożenia planu i przygotowania plakatów (przy świeczkach, bo prądu wówczas nie było), a skończywszy na ogarnianiu noclegów i przygotowywaniu poszczególnych pomieszczeń, w których odbywały się konferencje i modlitwa.

W weekend 19-21 października odbył się więc Youth Camp, w którym udział wzięła młodzież nie tylko z Mansy ale i okolicznych miejscowości. W sumie było blisko 50 osób w wieku 13-29(!) lat, z którymi wspólnie spędziliśmy wspaniały weekend, pełen szczerych rozmów, modlitwy i zabawy. W czasie konferencji rozważaliśmy nad postacią Matki Bożej, poznając Jej nie tylko święte oblicze, ale też i ludzkie. Jedno z pomieszczeń na terenie oratorium zagospodarowaliśmy na „strefę modlitwy”, gdzie wykorzystaliśmy świece do stworzenia klimatu kontemplacji nad rozważanymi stacjami różańcowymi. W sobotę przygotowaliśmy szczególną adorację, której punktem centralnym były pieśni Teze odśpiewane wspólnie w różnych językach, w atmosferze pełnego skupienia i oddania się Bogu. W programie YC zaplanowaliśmy też dla uczestników show teatralne, w czasie którego każda z grup miała za zadanie przygotować krótki „performance” dot. wybranych scen z życia Maryji. Mojej grupie przypadło w udziale opracować fragment nawiązujący do cierpienia Matki Bożej pod krzyżem. Zadanie niby nie trudne, ale jak próbowałam wśród młodzieży zrobić „burzę” mózgów w tym temacie, aby zastanowić się jak możemy odegrać tą scenę, to miałam wrażenie, że jestem w stanie z nich wykrzesać tylko „lekką bryzę powietrzną”. Finalnie jednak stanęli na wysokości zadania i zebrali gromkie brawa od swoich kolegów. Przy okazji też poznali trochę twórczości Chopina, bo za podkład muzyczny do naszej sceny posłużył „Marsz Pogrzebowy”.

W niedzielę wspólnie z uczestnikami zrobiliśmy podsumowanie spotkania i podziękowaliśmy za ich przybycie i zaangażowanie. Udział w spotkaniu był płatny (aby pokryć chociaż w części koszty wyżywienia), więc frekwencja jak na te realia uważamy, że też była całkiem dobra. Ze strony młodzieży usłyszeliśmy też dużo ciepłych słów, co wynagrodziło włożony trud i zmęczenie w organizacje całości. Zwłaszcza, że w czasie całego spotkania prawie w ogóle nie spałyśmy, bo na zmianę z innymi wolontariuszkami czuwałyśmy przy jednej z sal, w  której nocowały dziewczyny.


24 października w Zambii świętuje się odzyskanie niepodległości. Z racji tego na pobliskim stadionie w Mansie (stadion, tzn. pole na którym stoją dwie bramki i wokół tego są wycementowanie miejsca do siedzenia) organizowane były obchody tego najważniejszego dla Zambijczyków święta. Wspólnie z naszymi dziećmi z oratorium ja i Lucya (wolontariuszka, która ze mną mieszka) wybrałyśmy się, aby zobaczyć jak tutaj celebruje się to święto. Była parada z udziałem wojska i przedstawiciel wszelkich organizacji działających w Mansie – od wspólnot chrześcijańskich, przez delegacje szkół, klubów sportowych, a skończywszy na przedsiębiorcach. Nasze zdziwienie wywołała reprezentacja dumnie kroczących pracowników sieci zambijskich sklepów „Shoprite” ze swoim transparentem – to tak jakby w Polsce na paradzie z okazji odzyskania niepodległości byli ze swoim banerem pracownicy np. Biedronki. Po części oficjalnej, gdzie było odśpiewanie hymnu, przemówienia przedstawicieli rządu i kościoła oraz prezentacje kilku grup muzycznych, przyszedł czas na wspólne świętowanie, czyli… tańce! Tańczyli wszyscy – ludzie którzy się zgromadzili, dzieci, przybyłe delegacje, przedstawiciele rządowi i kościelni oraz wojsko… Tutaj w Zambii tak się celebruje każde święto – po prostu się tańczy, śpiewa i cieszy chwilą oraz tym, że można spotkać się z innymi i zamienić kilka zdań. Ci ludzie są autentycznie szczęśliwi, a największe szczęście mam wrażenie, że przynosi im właśnie taniec i śpiew.

Na naszej placówce także Siostry świętowały dzień niepodległości. Tego dnia włożyły na siebie kolorowe zambijskie stroje (oczywiście zakrywając też głowę, jak wymaga tego przynależność do zgromadzenia) i przygotowały obiad z lokalnymi daniami. Miałam więc okazję spróbować smażonych robaków, które nawet przypadły mi do gustu oraz innych warzywnych przysmaków - te akurat jakoś mniej mi smakowały, zwłaszcza że były zielone, a moje kubki smakowane za „zieleniną” nigdy nie przepadały. Jednak co mięso, to mięso – nawet jeśli to tylko robaki! Była też zaserwowana zupa z kurczaka i w pierwszej chwili pomyślałam więc, że jednak ludzie tutaj gotują też rosół. W smaku jednak takowego nie przypominała, chociaż po odpowiednim doprawieniu solą i pieprzem (którego w Zambii raczej się nie używa ze względu na wysoką cenę) była bardzo dobra. No i tego dnia oczywiście musiały być też lody! Bez nich to żadne świętowanie. I naturalnie tańce ze śpiewami…


Moja codzienność tutaj to głównie praca z dziećmi, które dają mi dużo satysfakcji i dzielą się swoim uśmiechem. Z nimi mam przyjemność spotykać się w przedszkolu i w oratorium. Codziennie też poznaję inne historie tych „małych bohaterów”, których życie doświadcza tutaj bardziej niż niejednego dorosłego. Wspólnie z nimi dzielę chwilę radości, ale też niekiedy chwile smutku – ich i moje, bo i takie się pojawiają, będąc daleko od rodziny, przyjaciół i bliskich. No i zawsze znajdzie się coś, co mnie wprawia w stan zdziwienia. Staram się jednak to odbierać jako dobre doświadczenie od Boga, którego może nie muszę rozumieć. Wystarczy, że jestem tutaj szczęśliwa, nawet jeśli czasami nie potrafię sobie tego szczęścia racjonalnie wytłumaczyć i rozpisać w Excelu. I nawet jeśli czasami nie ma prądu, albo wody przez dwa dni.

Dobiega końca Tydzień Misyjny, który zainaugurowała poprzednia Niedziela Misyjna. Tego dnia w czasie wygłaszanego kazania w tutejszym kościele Ojciec Kris mówił o tym, że życie każdego z nas jest misją, którą powinniśmy starać się jak najlepiej wykonać, bez względu na to czy jesteśmy zwykłymi ludźmi, czy misjonarzami i wolontariuszami, którzy zostawiają swoje dotychczasowe życie i chcą służyć innym. Po mszy wielu parafian w rozmowie z nami dziękowało za naszą obecność w ich wspólnocie, mówiąc że posługa misjonarzy i wolontariuszy dużo znaczy dla nich i dla tutejszych dzieci. Te słowa dały mi jeszcze większą motywację do pracy tutaj i do pokonywania chwil słabości. Szczególnie zachęcam więc do wsparcia duchowego i materialnego prowadzonych dzieł misyjnych. O kilku z nich można poczytać na stronie Salezjańskiego Ośrodka Misyjnego w Warszawie (www.misjesalezjanie.pl), który w tym roku Tydzień Misyjny prowadzi pod hasłem „Twoja pomoc – moja przyszłość”.

P.S. O tym, że w Zambii i w ogóle w Afryce taniec i śpiew jest nieodłącznym elementem świąt i codzienności tutejszych ludzi przekonuje się za każdym razem. Dzieci w oratorium słysząc tylko pierwsze dźwięki ich muzyki od razu są w gotowości do tańca, próbując uczyć tym samym i nas ich rytmów. Ostatnio z pozostałymi wolontariuszkami spróbowałyśmy przechwycić trochę „europejskiej” muzyki, włączając dzieciom przeboje, które można usłyszeć w naszych stacjach radiowych. Dzieciaki z zaciekawieniem stanęły i zaczęły nam się przyglądać. My oczywiście zdezorientowane nie wiedziałyśmy, czy to reakcja na inny rodzaj muzyki, czy co się dzieje. Podszedł w końcu do nas jeden z dobrze nam znanych chłopców i powiedział „Słuchamy Waszej dziwnej muzyki, ale też czekamy aż pokażecie nam jak do niej tańczyć…” Wszystkie zaczęłyśmy się śmiać i powiedziałyśmy, że układ taneczny tutaj może być taki sam jak do muzyki afrykańskiej, a na naukę naszych tańców narodowych przyjdzie jeszcze pora.