wtorek, 21 maja 2019

Just use Siavonga!


Za mną miesiąc wakacji od pracy w przedszkolu, który był czasem nie tyle odpoczynku fizycznego, co zresetowania psychicznego i odkrywania nowych rzeczy. Wspólnie z wolontariuszkami Anią i Żanetą z Lusaki spędziłyśmy dość intensywnie Święta Wielkiej Nocy, po których udałyśmy się na tygodniowy wypoczynek, a tuż po nich w kolejnych wędrówkach odkrywania uroków Afryki towarzyszyli nam Agnieszka i Mateusz – również wolontariusze warszawskiego ośrodka misyjnego. O tym jednak, co się działo w czasie świąt Wielkanocnych i dlaczego hasło „Just use Siavonga” będzie wywoływało zawsze szczery uśmiech na mojej twarzy, słów kilka poniżej.

W sobotę poprzedzającą Niedzielę Palmową wspólnie z moją niemiecką towarzyszką Lucyą udałyśmy się w podróż do Lusaki. Oczywiście jak na zambijskie standardy nasz autobus miał „tylko” półtora godziny opóźnienia, a jak już przybył na stacje to okazało się, że jest pełny i nie ma w nim nawet stojącego miejsca (!) dla dodatkowych pasażerów. Nieco skonsternowane spojrzałyśmy z Lucya po sobie i wdałyśmy się w dyskusje z konduktorem, który po kilkunastu minutach wyprosił jakiś dwóch młodzieńców ze środka, wpychając nas tym samym do zatłoczonego autobusu, w którym miałyśmy spędzić kolejne 10 godzin podróży siedząc na walizkach, w przejściu pomiędzy siedzeniami… na szczęście na kolejnej stacji w Mansie (jakieś 15 minut później) okazało się, że większość pasażerów wysiada, stąd też bez zastanowienia złapałyśmy z Lucya pierwsze wolne miejsca, aby jednak doświadczyć choć odrobiny komfortu w czasie naszej podróży. Do Lusaki dojechałyśmy jak już słońce zachodziło za horyzont, więc postanowiłyśmy złapać na stacji któregoś z taksówkarzy i z nim podjąć próby negocjacji jak zwykle zawyżonej ceny za odeskortowanie nas na placówkę do City of Hope. Tam Ania i Żaneta powitały nas szczerymi uśmiechami i uściskami oraz przygotowały iście królewską kolację w postaci schabowego, ziemniaków i surówki – mój najukochańszy zestaw dań, którego w Zambii do tej pory nie przyszło mi skosztować!

Niedzielę Palmową rozpoczęłyśmy od wspólnej Mszy Świętej poprzedzonej procesją z palmami, która odbyła się w kaplicy jednego z nowopowstałych konwentów w City. Była to też okazja do przywitania się z siostrami posługującymi na placówce oraz tymi, które jeszcze do niedawna były ze mną w Mansie. Bardzo się więc ucieszyłam, że mogłam zamienić z nimi kilka słów i podpytać jak im się żyje w nowych miejscach, do których zostały posłane na początku tego roku. Popołudnie spędziłyśmy wspólnie z Anią i Żanetą na „misyjnych plotkach” i planowaniu najbliższego tygodnia, który okazał się dość napięty, ale dający dużo satysfakcji i obfitujący w szereg wspaniałych doświadczeń.

Początek tygodnia poświęciłyśmy na dokończenie malowania wnętrza oraz odnowienia elewacji zewnętrznej jednej z sal katechetycznych przy parafii u zaprzyjaźnionego Ks. Krzysztofa. O ile Ania i Żaneta mają już wprawę w takich pracach, dla mnie to było nowe doświadczenie, tym bardziej, że moje zdolności artystyczne są raczej na mniej niż niższym poziomie, który nie mógłby zadowolić nawet przeciętnego odbiorcę szeroko rozumianej sztuki. Dziewczyny jednak przy poprzednich pracach znalazły bardzo pomysłowy patent na malowanie rysunków, wykorzystując przy tym laptopa i projektor oraz rzucając konkretny do namalowania obraz na ścianę, aby nanieść kontury, a później wypełnić je poszczególnymi kolorami. Tym oto sposobem udało nam się ubogacić jedną z sal dla dzieci o rysunek Dobrego Pasterza, który w mojej skromnej opinii, bardzo cieszy oko. Następnie przyszedł czas na pracę zewnętrzne, w których niestety notorycznie przeszkadzał nam deszcz, stąd też tą część dokończyły później dziewczyny, w czasie kiedy ja na chwilę wróciłam na swoją placówkę do Mansy. Efekty ich końcowej pracy można zobaczyć na blogu Żanety, do którego serdecznie odsyłam (Muzungu na Czarnm Lądzie).

Wielki Czwartek rozpoczynający Triduum Paschalne spędziłyśmy w Mungu u księdza Pawła, z którym od początku przyjazdu do Zambii udało nam się złapać świetny kontakt. Tutaj też miałyśmy okazję wykazać się naszymi zdolnościami plastyczno – artystycznymi, bowiem ks. Paweł poprosił nas o przygotowanie w jego parafii ciemnicy i grobu Pańskiego, aby ubogacić liturgię przeżywanych świąt Zmartwychwstania. Zaskoczeniem był dla mnie fakt, że w Zambii zasadniczo nie przygotowuje się takich miejsc w kościołach, stąd też tutejsi parafianie raczej nie bardzo mieliby pomysł, jak się do tego zabrać. Oczywiście nie, żebyśmy i my miały jakieś specjalne doświadczenie przy takich pracach, jednak w kilka godzin udało nam się „coś wyrzeźbić” . Co prawda nie były to arcydzieła najwyższych lotów, ale jak na ograniczony czas i materiały, jakimi dysponowałyśmy to myślę, że efekt końcowy był całkiem przyzwoity. Parafianom się podobało, ks. Pawłowi także, więc chwała Panu! Po odprawionym nabożeństwie Wielkiego Czwartku wspólnie usiedliśmy do kolacji, aby podziękować Bogu za dar kapłaństwa, którego ustanowienie przypada właśnie w pierwszy dzień Triduum Paschalnego oraz spędzić sympatycznie czas na rozmowie o realiach i perypetiach życia misyjnego, w którym przyszło nam wspólnie funkcjonować. Z Mungu wróciłyśmy na placówkę do City of Hope użyczonym przez Ks. Pawła samochodem, z którego mogłyśmy korzystać przez kolejny tydzień w czasie naszej podróży na krótki urlop do Siavonge.

Liturgia Wielkiego Piątku zawsze skłaniała mnie do refleksji tajemnicy poniesionej przez Jezusa ofiary na krzyżu. Będąc jednak w Polsce obowiązki dnia codziennego bardziej mnie rozpraszały, niż sprzyjały przeżywaniu tego misterium. Tutaj miałam czas na głębokie rozważania tej niesamowitej istoty miłości Boga do ludzi. Wspólnie z dziewczynami tego dnia udałyśmy się na parafię do Ks. Krzysztofa (u którego wcześniej pomagałyśmy przy malowaniu), aby móc w pełnym skupieniu adorować Najświętszy Sakrament, a później zobaczyć Pasję odgrywaną przez tutejszą wspólnotę młodzieżową. I muszę przyznać szczerze, że naturalny temperament w okazywaniu emocji przez Zambijczyków wespół z dobrym przygotowaniem strojów i rekwizytów tutejszych młodych aktorów zrobił na mnie ogromne wrażenie. Było widać włożony trud i pracę w całe przedsięwzięcie, które oddały ducha i klimat wydarzeń sprzed dwóch tysięcy lat. Dla mnie osobiście było to mocne doświadczenie przeżywania Męki  Pańskiej, które na długo zostanie w mojej pamięci. Sama późniejsza Liturgia Wielkiego Piątku była dla mnie czymś w rodzaju odkrywania na nowo, tego samego co zasadniczo przeżywam co roku w Polsce.

Obchody uroczystości Wielkiej Soboty spędziłyśmy w kościele parafialnym, do którego należy placówka w City of Hope. W Zambii panuje zwyczaj, że właśnie tego dnia przystępują do chrztu i pierwszej Komunii Świętej dzieci i dorośli z danej parafii. W gronie przyjętych do wspólnoty kościoła znalazły się też podopiecznie Ani i Żanety z ich placówki, stąd też cała Liturgia miała dla nas dość podniosły charakter. I zasadniczo nie różni się ona niczym niż ta, która jest odprawiana w polskich kościołach, poza oczywiście jednym aspektem – ekspresyjne wyrażanie wiary w zambijskim wykonaniu, które przekłada się na radosne śpiewy i tańce. Pomimo tego, że jestem już tutaj tak długo, to zawsze pojawia się u mnie nuta fascynacji, gdy w kościele wybrzmiewają tutejsze chwalebne pieśni wespół z tańcem i okrzykami radości. Czasami nawet w duchu zazdroszczę Zambijczykom, że tak potrafią chwalić Pana. Może i my w naszej nudnej i poważnej Europie powinniśmy się tego właśnie od nich uczyć?

Niedzielę Zmartwychwstania Pańskiego rozpoczęłyśmy od porannej mszy, która nieco różniła się od tej w Polsce, gdzie panuje zwyczaj odprawiania tzw. rezurekcji. W Zambii nie praktykuje się tego obrzędu, który jak się później dowiedziałam, jest typowy jedynie dla naszej polskiej tradycji. Po uczcie dla ducha przyszedł czas na ucztę dla ciała, w postaci śniadania wielkanocnego, które nie było tak imponująco bogate, jak to zwykle w naszych rodzimych domach bywa. Zasiadając do stołu, na którym znalazły się takie sztandarowe produkty jak jajka, szynka, pasztet (z Polski!) i warzywa, złożyłyśmy sobie z Anią i Żanetą życzenia, ciesząc się tym samym, że chociaż jesteśmy tak daleko od naszych bliskich, to Bóg pozwolił nam ten czas spędzić razem. Przy okazji śniadania muszę też wspomnieć  o jeszcze jednym dość istotnym aspekcie, jakim jest świecenie pokarmów. Podpytywałyśmy naszych zaprzyjaźnionych księży, czy i tutaj jest taka praktyka, jednak w odpowiedzi usłyszałyśmy, że jest to kolejny element typowo polskiej tradycji świąt. Nie przeszkodziło nam to jednak w ochoczym przysposobieniu zawartości naszego polsko - zambijskiego stołu Wielkanocnego.

Po południu udałyśmy się na wspólny uroczysty lunch z podopiecznymi i siostrami z City of Hope, a tuż po nim zapakowałyśmy się do samochodu, aby wyruszyć na nasze zambijskie wakacje. Tego dnia udałyśmy się do Ks. Pawła do Mungu, gdzie wspólnie z nim świętowaliśmy Zmartwychwstanie Pana Jezusa i skąd w poniedziałek rano wyruszyliśmy na południe Zambii.


W momencie kiedy Polacy poniedziałek wielkanocny przeżywają jako tzw. „drugi dzień świąt”, w Zambii jest to dzień jak każdy inny. Korzystając z faktu, że znajdowałyśmy się na placówce u polskiego księdza, rano miałam okazję uczestniczyć we mszy świętej odprawianej w moim ojczystym języku! Było to bardzo miłe uczucie, bowiem od kiedy jestem w Zambii, to nie miałam wcześniej sposobności wzięcia udziału w Eucharystii odprawianej po polsku. W duchu dziękowałam Bogu za ten bardzo przyjemny „prezent świąteczny”, który stanowił idealne rozpoczęcie tygodnia. Po mszy szybkie śniadanie, w czasie którego pojawił się kolejny polski akcent – mały śmigus dyngus (ojczysta tradycja!), a po tym już podróż do Siavonge, w której jako pilot na motorze towarzyszył nam Ksiądz. Tutaj muszę wspomnieć, że nieocenioną pomoc Bóg zawsze daje nam właśnie przez osobę Ks. Pawła, który nie tylko poświęcił swój czas na odeskortowanie nas do miejsca docelowego, wsparł nas technicznie w postaci użyczenia samochodu na naszą wyprawę, ale też po przybyciu na miejsce pokazał okolice i miejsca warte odwiedzenia, w czasie naszego pobytu. Po wspólnym obiedzie, w czasie którego miałam okazję pierwszy raz w życiu jeść raki i które bardzo przypadły do gustu moim kubkom smakowym, pożegnałyśmy się z Ks. Pawłem życząc mu bezpiecznego powrotu na swoją parafie, a same zainstalowałyśmy się w pokojach naszego wynajętego domu, z którego widok rozciągał się na jezioro Kariba i północną część sąsiadującego z Zambią Zimbabwe.

Sama Siavonga to niewielkie turystyczne miasteczko, którego główną atrakcją jest położenie przy jeziorze Kariba – największym sztucznym zbiorniku na świecie, stworzonym przez człowieka, liczące 220 km długości i 40 km szerokości. Miejsce niezwykłe też pod względem ukształtowania terenu, gdzie dominują wzniesienia i pagórki, na których miejscowa ludność założyła swoje osady, a biznesmeni z Azji i Ameryki zainwestowali w hotele i miejsca relaksu z dostępem do basenu, dobrym jedzeniem i widokiem na imponujące rozmiary jeziora zlewającego się z horyzontem. O ile widoki już z trasy cieszyły oko, to sama droga na ostatnim odcinku liczącym blisko 100 km była bardziej wymagająca - pełna ostrych zakrętów, podjazdów i zjazdów o dość ostrym nachyleniu. Do tego dochodzi jeszcze kwestia lewostronnego ruchu i wiecznie wędrujących ulicą ludzi, którzy raczej jadącym samochodem się przejmują, przyzwyczajeni do tego, że kierowca zawsze będzie używał klaksonu, aby jednak nie potrącić żadnego ze spacerujących jegomości. Pomimo tych kilku drogowych wyzwań Ania bezpiecznie dowiozła nas na miejsce, a i ja miałam okazję też prowadzić samochód w drodze powrotnej do Lusaki, co sprawiło mi ogromną radość.

W Siavonga spędziłyśmy w sumie 5 dni, racząc się wspaniałymi widokami i korzystając z dobrodziejstw miejsc turystycznych. Z racji faktu, że w samym jeziorze Kariba żyją krokodyle i hipopotamy to jest ono miejscem, w którym nie można pływać. Żeby jednak odhaczyć „kąpiel” w największym sztucznym zbiorniku na świecie, drugiego dnia naszego pobytu zamoczyłam w jeziorze nogi, wypatrując przy tym dość intensywnie, czy za jakąś skałą nie czai się właśnie wygłodzony krokodyl tudzież hipopotam, z którymi raczej nie miałabym szans w starciu jeden na jednego. Na co dzień więc korzystałyśmy z basenów zlokalizowanych w tzw. lodgach, gdzie również miałyśmy okazję poszerzyć swoje horyzonty kulinarne, próbując kilku lokalnych potraw w znajdujących się tutaj restauracjach o standardach typowo europejskich. I tym sposobem jadłam świetnie przyrządzone raki w sosie maślano – czosnkowym oraz dobrze wyfiletowane ryby, które w nocy rybacy łowili na jeziorze. Egzotyki dodawał fakt, że nieopodal naszego miejsca wypoczynku przechadzały się zebry i sarny, które jakoś nie specjalnie interesowały się nami.

W takiej błogiej atmosferze relaksu i odpoczynku, w iście doborowym towarzystwie, pięć dni minęło bardzo szybko. W piątek w drodze powrotnej zajechałyśmy jeszcze na potężną tamę łączącą Zambię z Zimbabwe, która w wyniku pompowania wody z rzeki Zambezi właśnie do jeziora Kariba, zaopatruje pół Zambii w uzyskaną w ten sposób energię. Widok z tamy naprawdę zapierający dech w piersiach no i sam fakt, że chociaż na kilka minut, to jednak udało się odwiedzić też Zimbabwe. Po blisko 3 godzinach podróży, zbliżając się do Lusaki, odstawiłyśmy Ks. Pawłowi samochód i wróciłyśmy już busem na placówkę do City of Hope. W głowie pojawiło się zdanie, że wszystko co dobre szybko się kończy, ale chwilę później zrekompensowałam sobie ten nostalgiczny stan myślą, że jeszcze dużo dobrych rzeczy przygotował dla mnie Bóg. I niewątpliwie kolejnym właśnie takim prezentem był przylot do Zambii Agnieszki (jednej z wolontariuszek warszawskiego SOM-u), którą następnego dnia  po powrocie z Siavonge odebrałam z lotniska w Lusace. O tym jednak, jak przeżyłam następne wspaniałe dwa tygodnie w kolejnym wpisie, który dojrzewa i pracuje jeszcze w głowie…


P.S. Kiedy planowałyśmy wspólnie z Anią i Żanetą nasz urlop w Siavonga, podpytałyśmy księży, czy mają jakieś sprawdzone kontakty na wynajęcie przyzwoitego i nie zabijającego ceną lokum. Dostałyśmy więc numer telefonu do Siostry Cecylii, z którą w pierwszej kolejności ja się skontaktowałam. Oczywistym, a jak się później okazało wcale nie tak bardzo, był dla mnie fakt, że ów siostra jest polką, stąd też wysyłając jej wiadomość z zapytaniem o dostępność pokoi posłużyłam się swoim ojczystym językiem. Minęło blisko dwa tygodnie. Siostra widzę, że odczytała wiadomość, ale odpowiedzi żadnej, więc jeszcze raz z tym samym tematem, tyle że inaczej ubranym w słowa piszę. Następna wiadomość widzę odczytana, jednak bez żadnej reakcji. Natchnęło mnie wówczas, że może to jednak nie jest takie oczywiste co do polskiego pochodzenia Siostry i wspólnie ustaliłyśmy, że Żaneta po angielsku (żeby siupy nie było!) odezwie się w tej samej sprawie. Po kilku dniach jest odpowiedź w języku angielskim (czyli jednak nie polka…), że w danym terminie będą wolne trzy pokoje i jeśli chcemy, to nie ma problemu. Uradowane faktem, że temat ogarnięty Żaneta w jednej ostatnich wiadomości zapytała Siostrę o konkretny adres naszego wakacyjnego lokum, aby móc sprawdzić w Internecie gdzie to jest no i oczywiście dojechać do miejsca, w którym nigdy wcześniej nie byłyśmy. W odpowiedzi dostałyśmy bardzo jasno sprecyzowaną wskazówkę, która nie budziła większych wątpliwości co do samego dotarcia do celu: „Just use Siavonga!” I tyle w temacie… bez zbędnego rozpisywania się i tłumaczenia, gdzie, jak, o której. Hasło to o tyle nas rozbawiło, co wywołało pewien niepokój, czy aby na pewno miejsce to istnieje. Na szczęście okazało się, że istnieje i jest bardzo przyjemne!




















środa, 10 kwietnia 2019

Zambijska codzienność


W Mansie kończy się właśnie sezon deszczowy, ustępując miejsca porze zimnej, w czasie której temperatura wynosi „jedynie” 25 stopni. Nowy plan zajęć w Oratorium przyjął się już na stałe i dzieci chętnie włączają się w zajęcia, które dla nich przygotowujemy.  W moim przedszkolu wczoraj zakończyliśmy pierwszy semestr i możemy się teraz cieszyć miesięcznymi wakacjami. A w najbliższą sobotę czeka mnie kolejna ponad dziesięciogodzinna podróż autobusem do stolicy… taka zambijska codzienność, o której słów kilka poniżej.

Trwające od połowy listopada ulewy i burze potrafiły niekiedy dać się we znaki. Zdarzało się, że nie było prądu przez dwa dni z rzędu, a tym samym i problem z wodą w kranie stawał się bardzo uciążliwy. Bywało też, że w nocy intensywne ulewy oraz burze nie dawały spać, a ranki i południa były tak ciepłe, że będąc dosłownie kilkanaście minut na słońcu moja skóra łapała opaleniznę. Popołudnia natomiast znowu przynosiły deszcze i grzmoty, które nie ustępowały do następnego ranka. Aby zrobić pranie trzeba się było „wbić” nie tylko w porę, kiedy jest prąd i woda, ale też w czas, kiedy słońce może pojawić się chociaż na 2 godziny, aby wszystko wyschło. W przeciwnym razie musiałyśmy wspólnie z Lucya rozwieszać mokre pranie w naszym domowym magazynku przylegającym do salonu, gdzie rozwiesiłyśmy sznurki pomiędzy regałami i gdzie wilgotność z racji opadów niekiedy była tak duża, że równie dobrze mogłybyśmy te rzeczy wywiesić na zewnątrz z nadzieją, że pomiędzy deszczami chociaż na chwilę pojawi się słońce i trochę je osuszy. Zasadniczo nie było dnia, kiedy z nieba by się nie lał deszcz, a w oddali nie można było dojrzeć błysków, czy usłyszeć grzmotów. Moje obserwacje wówczas sprowadziły się do stwierdzenia, że pora ta, pomimo wielu uciążliwości, jest naprawdę piękna! Wieczorem czarne niebo rozjaśniały pioruny, które wydają mi się tutaj być bliżej ziemi, tym samym bardziej rozświetlając okolice, a za dnia pojawiały się kłębiaste białe chmury, które tak samo sprawiały wrażenie o wiele większych i bliższych gruntu niż te w Polsce. Widoki te dawało się dostrzegać tuż przed intensywnymi burzami i ulewami, które – jak na wstępie – zwiastowały problemy z prądem i wodą, a jednak mimo wszystko zawsze wywoływały uśmiech na mojej twarzy i utwierdzały w przekonaniu, że piękny świat nam stworzył Bóg. Trwająca ponad cztery miesiące pora deszczowa nauczyła mnie też, że wodę (zwłaszcza tą pitną) trzeba zawsze magazynować, baterie w lampce słonecznej przysposobionej od sióstr zawsze muszą być naładowane, a świeczki i zapałki powinny być w łatwo dostępnym miejscu. Na brak elektryczności nie znalazłam żadnego rozwiązania, dlatego przyjęłam to jako stan pewnej oczywistości, z którą po prostu trzeba się nauczyć żyć. Pamiętam jak przed wyjazdem miałam obawy, czy w ogóle będzie tutaj prąd, bo w końcu to Afryka, więc te kilku(nasto) godzinne przerwy w dostawie nie przerażały mnie jakoś specjalnie.

Od tygodnia jednak w Mansie nie padał deszcz, co jest znakiem, że zaczyna się tutaj pora zimna. Zapytałam ostatnio jednej z naszych sióstr, co oznacza to określenie w praktyce i w odpowiedzi usłyszałam, że jest to czas, kiedy temperatura sięga „jedynie dwudziestu kilku stopni”. Dziś odnotowałam ich 25, a że bardzo lubię ciepło, to taki stan w zupełności mnie zadowala. Parafrazując klasyczne powiedzenie – „Takie zimno to ja rozumiem!”


Działające na mojej placówce Oratorium skupia w sobie mnóstwo dzieci i młodzieży. Po ponad siedmiu miesiącach tutaj umiem już powiedzieć, którzy to są stali bywalcy, a jakie twarze po raz pierwszy się pojawiły. Zasadniczo każdego dnia, wśród znanym mi już bardzo dobrze dzieci, dostrzegam nowe osoby, mniej lub bardziej odważne. Z początkiem nowego roku kalendarzowego wprowadziliśmy też nowy rozkład zajęć, który uwzględnia m.in. tematyczne zajęcia, czy wspólną modlitwę różańcową, której uczymy zarówno dzieci jak i młodzież. Do tej pory Oratorium żyło swoim tempem i wiadome były jedynie godziny rozpoczęcia i zakończenia, z nowym rokiem jednak staraliśmy się wspólnie z dziećmi i młodzieżowymi liderami wypracować pewien schemat, który już chyba powoli zaczyna funkcjonować bez większych problemów. Tak więc każdy dzień zaczynamy od wspólnego sprzątania terenu wokół oratorium. Mniejsze dzieci są odpowiedzialne za zbieranie śmieci do kubłów, a starsza młodzież na „dzień dobry” ma za zadanie wykosić wyznaczony kawałek trawy, przy użyciu ręcznych sierpów. I o ile z dziećmi raczej nie ma problemu, bo chętnie podejmują się tego obowiązku, to już młodzieży nie przychodzi to tak lekko. Idea jest jednak taka, że wszyscy wspólnie dbamy o nasze Oratorium, stąd też jeśli chcemy korzystać ze sprzętu jaki tutaj jest, to każdy może codziennie poświęcić piętnaście minut, aby zadbać o teren wokół. Obowiązek ten dotyczy wszystkich bez wyjątku, dlatego zarówno liderzy jak i wolontariusze również podejmują się takich prac. Sobotnie poranki to czas na generalne porządki i tutaj już pracujemy na większych obrotach i z większym rozmachem, m.in. wyrywamy chwasty, kosimy cały teren wokół oratorium (który jest bardzo rozległy), przycinamy żywopłot, czy zbieramy śmieci, których tutaj codziennie jest na potęgę. Ogromne zdziwienie wówczas pojawia się na twarzach moich zambijskich przyjaciół kiedy ja i wolontariuszki z Niemiec łapiemy się za grabie, czy kosiarkę, śmiejąc się przy tym, że pomimo iż jesteśmy „muzungu” (określenie człowieka białego, który jest tutaj postrzegany raczej jako osoba majętna, niż taka, która może pracować), to takie zajęcia nie są nam obce. I w końcu wszyscy stanowimy jeden zespół, więc to normalne, że kiedy trzeba to i przy fizycznych zajęciach pomagamy.

Wracając do tygodniowego planu dnia w Oratorium, to po „ogarnięciu” terenu jest czas dla dzieci na swobodną zabawę. Codziennie też organizujemy półgodzinne zajęcia tematyczne i tak we wtorek są to zajęcia artystyczne, w środę nauka angielskiego, w czwartek zajęcia muzyczne, w piątek zajęcia praktyczne, a w sobotę przygotowujemy dla dzieci mini rozgrywki sportowe. Niedziela to dla nas czas odpoczynku i nabrania sił na kolejny tydzień, a poniedziałki popołudnia przeznaczamy na spotkania z liderami i ustalenie planu konkretnych zajęć na najbliższy tydzień oraz omówieniu bieżących spraw dotyczących funkcjonowania Oratorium. Co w praktyce dzieje się w czasie takich lekcji? Na zajęciach artystycznych np.  tworzymy z dziećmi opaski, czy bransoletki na rękę (dzieci je uwielbiają), lepimy z plasteliny, czy po prostu przygotowujemy kartki dla ich najbliższych. Lekcje angielskiego to przyswajanie najprostszych zwrotów i nauka podstawowych słówek z małymi dziećmi, a ze starszakami wspólne czytanie Pisma Świętego, gdzie staramy się wyjaśniać trudniejsze zwroty i tłumaczyć przesłanie niektórych przypowieści, czy po prostu pomoc w odrobieniu zadań domowych właśnie z tego przedmiotu. Zajęcia muzyczne to przede wszystkim dobra zabawa, gdzie nasze dzieci mają okazję wykazać się swoimi umiejętnościami tanecznymi, których niezmiennie im zazdroszczę!  Jest to też czas na śpiewanie i poznawanie nowych piosenek. W czasie piątkowych zajęć praktycznych np. wspólnie z naszymi podopiecznymi robimy pranie, czy za pomocą igły i nitki reperujemy im ubrania. Znaczna większość dzieci, które przychodzą do oratorium ma na sobie brudne i zniszczone rzeczy, dlatego też piątki zawsze rezerwujemy na to, aby chociaż w małym stopniu zadbać oczystość naszych małych przyjaciół. Sobotnie mini rozgrywki sportowe przynoszą zawsze dużo radości i zabawy. Dzieci mają wówczas możliwość zmierzenia się w skokach w workach, biegu w parach z balonami, czy innych zręcznościowych zajęciach. Towarzyszy temu oczywiście dużo emocji i mnóstwo śmiechu.

Po tematycznych zajęciach przychodzi czas na wspólną modlitwę różańcową, którą odmawiamy w języku angielskim i w języku bemba  (zawsze dwie tajemnice różańca), a po tym dzieci znowu wracają do zabaw i gier, gdzie największym powodzeniem cieszą się planszówki, puzzle i oczywiście piłki. Każdy dzień w Oratorium kończymy z maluchami „słówkiem na dobranoc”, które jest pewnego rodzaju znakiem rozpoznawczym Salezjanów. Każdy z liderów i wolontariuszy przygotowuje więc, zgodnie z harmonogramem ustalanym na poniedziałkowych zebraniach, krótką historię czy przypowieść, starając się prezentować dzieciom dobre przykłady zachowań do naśladowania.

Rozkład zajęć dla młodzieży, która przychodzi do Oratorium jest nieco inny. Po wspólnym sprzątaniu terenu starsi podopieczni mogą wówczas udać się na grę w bilarda, ćwiczenia na siłowni, zajęcia taneczne, zajęcia karate, treningi w koszykówkę, piłkę nożną, czy tenisa stołowego. Każdy dzień kończymy wspólną modlitwą różańcową i, podobnie jak w przypadku dzieci, słówkiem na dobranoc. W piątki wieczorem zawsze organizujemy luźne spotkania, w czasie których wspólnie rozmawiamy, gramy, czy spędzamy czas przy ognisku np. piekąc bułki.

Zdziwieniem, w przypadku młodzieży, dla mnie fakt, że większość niekiedy już dorosłych osób, które przychodzą do oratorium nie potrafi odmawiać różańca. Tak więc na początku wytłumaczyliśmy w jaki sposób modlić się na różańcu i o co chodzi z tymi wszystkimi tajemnicami. Pamiętam też ogromne zdziwienie chłopaków i pewnie niedowierzanie, jak wspólnie z innymi wolontariuszkami tłumaczyliśmy im, że zasadniczo codziennie odmawiamy cały różaniec i nie stanowi to żadnego problemu, w momencie gdy dla nich trudne okazało się odmówienie jednej dziesiątki. Ale powoli wyrabiają się w tym temacie, co osobiście bardzo mnie cieszy. Może do mojego wyjazdu uda nam się wspólnie odmówić wszystkie pięć tajemnic.


Nowy rok szkolny w Zambii rozpoczął się w połowie stycznia i dokładnie wczoraj (09.04) skończył się pierwszy semestr nauki w przedszkolu (ustawowo pierwszy semestr kończy się we wszystkich szkołach najpóźniej 12 kwietnia).  W jednym z poprzednich wpisów wspominałam, że tutaj rok szkolny podzielony jest na trzy semestry z miesięcznymi wakacjami pomiędzy i zamyka się w jednym roku kalendarzowym. Stąd też moja klasa, która w zeszłym roku była grupą średnią, teraz rozpoczęła naukę w najwyższej przedszkolnej klasie (Reception Class), a po jej ukończeniu w grudniu, uczniowie od stycznia przyszłego roku rozpoczną naukę w pierwszej klasie szkoły podstawowej.

Semestr ten minął nam bardzo szybko! Przyniósł też zmianę w postaci dyrektorki naszego przedszkola, którą do zeszłego roku była Siostra Margaret, a od stycznia tego roku funkcję tą objęła Siostra Caroline. Bardzo otwarta i sympatyczna osobowość z nietuzinkowym poczuciem humoru, który idzie wespół z pracowitością. Z Siostrą Caroline od razu złapałyśmy wspólny język i muszę przyznać, że świetnie mi się z nią pracuje. Zwłaszcza, że namaszczona ostatnio zostałam przez nią i nauczycielki na sekretarza naszego przedszkola (a jak się później okazało całej placówki) za sprawą moich zdolności szybkiego redagowania tekstów, tak więc wspieram też jej pracę przy przygotowywaniu wszelkiego rodzaju pism. Niezmiennie jednak codziennie pomagam nauczycielce Gwen w czasie zajęć z „moimi dzieciakami” z Reception Class, które czasami nieźle potrafią dać w kość, ale które też codziennie rano witają mnie uściskami i szczerymi uśmiechami, krzycząc przy tym „Ticza Ewelina”! Tutaj muszę się też pochwalić, że udało mi się zapamiętać już imiona i nazwiska WSZYSTKICH dzieci z mojej grupy, co stanowiło dla mnie nie małe wyzwanie, bo w ogóle nie mam pamięci do imion.

W połowie semestru udało nam się wybrać niedaleko Mansy wspólnie z całym przedszkolem na piknik. Zasadniczo był to dzień pełen relaksu w bardzo sprzyjających okolicznościach przyrody, gdzie była przede wszystkim CISZA, o którą na co dzień tutaj bardzo ciężko. Logistyka jednak całego wyjazdu przyprawiła mnie nieco o dreszcze i stany nerwowe, ale później szybko przypomniałam sobie, że przecież to jest Afryka i nikt tutaj nic nie planuje, a nawet jeśli, to i tak to się zmienia. Tak więc w dniu wycieczki kompletnie nie zdziwiło mnie to, że wyjazd zaplanowany był na godzinę 7:30, a finalnie z naszej placówki wyjechaliśmy o godz. 9:30. I nie zdziwił mnie nawet fakt, że nikt wcześniej nie przeliczył ilości dzieci, które jadą i przy wsiadaniu do busa okazało się, że uczestników wyprawy jest dwa razy więcej niż miejsc, dlatego też bus ten musi jechać na dwie tury. I nawet nie zdziwił mnie fakt, że po przyjeździe na miejsce okazało się, że nikt tam nic nie wie, iż jakaś grupa ma się dzisiaj pojawić, ale jak już się pojawiła to może zostać i zorganizować sobie piknik. Wyjść natomiast nie mogłam z podziwu w momencie naszego powrotu, kiedy okazało się, że ta sama liczba dzieci i opiekunów, jak się dobrze wszystkich rozsadzi,  mieści się „na raz”! Wracaliśmy więc w około siedemdziesiątkę osób busem, który teoretycznie miejsc siedzących ma trzydzieści dwa, gdzie z przodu pomiędzy mną, a kierowcą siedziała czwórka dzieci plus dwójka na moich kolanach… Takie podróże tylko w Zambii!

Pierwszy semestr nauki zamknęliśmy testami końcowymi, które dla mojej grupy nie stanowiły większych trudności. Było nawet kilku uczniów, którzy wszystkie pięć przedmiotów zaliczyli na 100%! Musieli się więc wykazać nie tylko dobrą zdolnością pisania, liczenia, czy rysowania, ale przysposobić też wiedzę ogólną z zakresu np. wykorzystania przedmiotów użytku codziennego tudzież zapamiętania kilku historii z Pisma Świętego, co w moim odczuciu dla 5-latków wcale nie jest takie łatwe. Sprawdzając testy oczywiście pojawiały się czasami zabawne rysunki, czy próby ułożenia wyrazów nikomu nie znanych, ale ogólnie stwierdziłam, że w mojej klasie mam bardzo zdolnych uczniów! Ostatniego dnia pobytu w przedszkolu zorganizowaliśmy Birthday Party, w czasie którego świętowaliśmy urodziny wszystkich dzieci z okresu styczeń – kwiecień. Naturalnie nie zabrakło muzyki, prezentów i ciasta. Tym miłym akcentem rozstaliśmy się wspólnie z nauczycielkami i moimi uczniami, rozpoczynając tym samym czas wakacji.


Tak oto mija mi już siódmy miesiąc pobytu na zambijskiej ziemi. Przede mną podróż do Lusaki, gdzie spędzę Wielkanoc wspólnie z Aniczką i Żancią  (takie zdrobnienia już się utarły w naszej relacji, gdzie ja jestem Ewelajn!). Następnie mamy w planach udać się na tygodniowe wakacje, a tuż po nich do Zambii przylatuje jedna z wolontariuszek mojej polskiej organizacji, tyle że tym razem w celach turystyczno – krajoznawczych, z którą wspólnie spędzę dwa kolejne tygodnie. I na te spotkania bardzo się cieszę, a relacja z nich zapewne pojawi się w kolejnym wpisie!


P.S.

W zeszłą niedzielę na naszej placówce i parafii mieliśmy okazję gościć pana prezydenta. O tym, że głowa państwa zambijskiego będzie uczestniczyła w jednej z mszy św. w naszym kościele dowiedziałam się dwa dni przed samym wydarzeniem, w czasie tzw. ogłoszeń parafialnych po piątkowej drodze krzyżowej. W sobotę więc była pełna mobilizacja wszystkich parafian, aby wysprzątać kościół i teren wokół niego. Również w domu naszych sióstr dało się zauważyć wzmożone porządki, co później zaczęło zastanawiać mnie i Lucye. Wspólnie jednak uznałyśmy, że przy sobocie to zasadniczo całkiem normalne, że się sprząta dokładniej i więcej, więc zaniechałyśmy prób wypytania czy coś grubszego się szykuje. Niedzielny poranek przywitał mnie głosami i rozmowami, jakie dobiegały z naszego podwórka, więc gdy odchyliłam firanę, aby sprawdzić kto zakłóca mój sen, trochę się zdziwiłam. Generalnie ujrzałam  spacerujących żołnierzy i policjantów oraz garstkę jakiś mężczyzn w garniturach, którzy rozmawiali z jedną z naszych sióstr. Jak się później okazało przed zapowiadaną w kościele mszą świętą, prezydent Edgar Lungu zatrzymał się w domu naszych sióstr, aby chwilę odpocząć po podróży. Sama wizyta miała na celu zapewnić całkowity spokój zambijskiej głowie państwa, stąd też kiedy wracałam z mszy świętej po angielsku, to zostałam poinstruowana, że w przypadku przybycia prezydenta na nasze włości uprasza się o zachowanie powściągliwości i zakazuje się robienia zdjęć. Później dwie sympatyczne panie w strojach żołnierskich odeskortowały mnie spod jednej z wejściowych bram do mojego domu, upewniając się tym samym, że otoczenie na tym odcinku jest bezpieczne. Sam pan prezydent wjechał w towarzystwie kilku samochodów, które z trudem zmieściły się na naszym jednak małym podwórku, zasiadł na chwilę w salonie, zamieniając przed tym kilka kurtuazyjnych słów z naszą przełożoną i udał się na msze świętą, po której to wsiadł w samochód i w towarzystwie eskorty opuścił naszą parafię. Ogromnym plusem całej tej wizyty jest fakt, że został utwardzony odcinek nawierzchni biegnący od naszej placówki do głównej ulicy, który już w ogóle nie przypominał drogi i o którego remont mieszkańcy tej części Mansy dopominali się latami…































wtorek, 5 marca 2019

Misyjny półmetek


Pół roku w Zambii minęło, że nawet nie wiem kiedy (!). Od stycznia zbieram się do napisania kilku słów na bloga, o tym jak podsumowałam poprzedni rok, jednak finalnie dziś udało się znaleźć czas. Co prawda mamy już marzec i moda na refleksje oraz postanowienia noworoczne dawno minęła, jednak z racji rozpoczynającego się Wielkiego Postu myślę, że można podjąć próbę pokonania naszych słabości, których być może z różnych powodów wcześniej nie udało się wcielić w życie. Wracam więc do refleksji z ubiegłego roku i mojego misyjnego „półmetka”, który przyniósł dużo zmian.

Początek roku to podobno dobry czas na wszelkiego rodzaju podsumowania. Do tej pory zawsze w grudniu z sentymentem przeglądałam moją kolekcję biletów z koncertów i festiwalu, na których miałam okazję wspólnie z „moją ekipą” dobrze się bawić i zrestartować umysł od trosk życia codziennego. Tym razem zeszłoroczne podsumowanie zamyka się dosłownie w kilku wydarzeniach muzycznych, więc i za bardzo w tej materii nie mam czym się pochwalić. Z uśmiechem na ustach, czując też lekkie ukłucie tęsknoty w sercu, wspominam jednak wszystkie muzyczne wypady – te dokładnie zaplanowane i te, na które spontanicznie zdecydowałam się w ostatniej chwili. Każde z nich oczywiście było bardzo udane, za co dziękuje osobom z którymi miałam przyjemność dzielić te chwile.

Z ręką na sercu muszę przyznać, że ubiegły 2018 rok był jednym z najbardziej szalonych w całej ponad (dużo ponad) ćwierćwiecznej ziemskiej karierze! Moje starannie zaplanowane życie zostało wywrócone do góry nogami (jak to niektórzy bardziej „mądrzejsi” z matematyki mówią: o 360 stopni) nie tylko za sprawą wyjazdu do Zambii, ale przede wszystkim za sprawą ludzi których Bóg postawił na mojej drodze. I to właśnie uważam za mój największy sukces - nie tylko w roku minionym, ale w całym życiu – osoby, z którymi mogę dzielić moje chwile smutku i radości. Ci, których spotykam na swojej misyjnej drodze i Ci, których znam już bardzo długo. Osoby, które codziennie mnie wspierają swoją modlitwą i dobrym słowem i Ci którzy czasami się ze mną (zdalnie) przedrzeźniają. Każda z tych relacji jest dla mnie bardzo cenna i za każdą w swojej codziennej modlitwie dziękuję Bogu.

W 2018 roku postawiłam na swoje rozeznanie do powołania misyjnego. Mając już na początku roku perspektywę wyjazdu na wolontariat misyjny (we wrześniu 2017 roku zaczęłam formację), wiedziałam że bardziej muszę się skupić na sobie – na moich słabościach, które chciałam wyeliminować i na dobrych stronach, które w planach miałam pielęgnować. Proza życia codziennego, wespół z moim nie łatwym (jednak!) charakterem oczywiście zweryfikowały plany i z tą pracą nad sobą różnie wyglądało, jednak sam fakt, że dziś jestem w Zambii na wolontariacie misyjnym można uznać za duże osiągnięcie. Może nawet jedno z największych.

A jak wyglądało właśnie ostatnie pół roku mojego życia? Tutaj pojawia się cała paleta emocji i zdarzeń, które w normalnych (czytaj polskich) warunkach pewnie nigdy by mi się nie przydarzyły. Po pierwsze – nigdy by mi do głowy nie przyszło, że będę pracować w przedszkolu! Dzieci co prawda bardzo lubię, jednak fakt, że 5 i 6 latkowie będą się do mnie zwracać „Ticza Ewelina” (nauczycielka) nawet w snach nie pojawiał się w mojej głowie. Przyznam szczerze, że na początku było to dla mnie bardzo dziwne uczucie, jednak z czasem przyzwyczaiłam się już do tego określenia i bardzo dużo radości sprawia mi, jak codziennie rano „moje dzieci” tak się ze mną witają. Oczywiście tutaj też jest mocna dawka szczerych uśmiechów i uścisków, które i na mojej twarzy wywołują przysłowiowego „banana”.

Drugi misyjny aspekt, to życie w zgromadzeniu. Jak wygląda posługa kapłańska i zakonna wiedziałam od zawsze, bo wielokrotnie miałam okazję przyglądać się zwyczajnemu życiu sióstr i księży. Dzięki moim rodzicom, którzy od małego wpajali mi i moim siostrom wartości chrześcijańskie, miałam okazję brać udział w rekolekcjach i angażować się w działania podejmowane w mojej parafii. W tej materii nawet jest kilka dobrych anegdot, którymi być może się kiedyś podzielę. Wracając jednak do życia w zgromadzeniu – co innego jest widzieć, a co innego uczestniczyć. Na początku nie było łatwo wpasować się w tutejszą dyscyplinę. Godzina 6:30 rano to dla mnie był środek nocy, a tutaj okazuje się, że wstać trzeba jeszcze godzinę wcześniej! Mobilizacja do codziennej modlitwy różańcowej i brewiarzowej też łatwa nie była i zanim wypracowałam to u siebie będąc jeszcze w Polsce, to trochę czasu minęło. Żyjąc w zgromadzeniu dbamy o to, aby się wspólnie modlić, co jest dla mnie bardzo budujące, tyle że zarówno dziesiątki różańca jak i nieszpory odmawiamy w języku angielskim. I o ile tutaj jestem w stanie zrozumieć słowa psalmów którymi się modlimy, tak w tygodniu na porannej mszy odprawianej w lokalnym języku bemba muszę się bardzo skupić, aby wiedzieć co się dzieje, bo nic a nic na początku nie rozumiałam. Nie żebym teraz świetnie władała tym językiem, bo tutaj straszne tyły mam, ale przynajmniej kilka tzw. „kościelnych” zwrotów podłapałam. Pomijając jednak te wszystkie misyjne niuanse, dziękuję Bogu, że codziennie doświadczam tutaj ogromu sympatii i życzliwości od sióstr i księży, z tutejszego zgromadzenia. To dzięki nim nie mam czasu myśleć o tęsknocie i to dzięki tym osobom właśnie mogę się tutaj poczuć jak w domu – otoczona życzliwością i miłością. Ostatnio też bardziej mogłam doświadczyć troski i opieki ze strony sióstr. Na początku roku zdrowie mi nie dopisywało i tutejsze siostry wiedząc o tym, za każdym razem wspierały mnie w trudniejszych chwilach, racząc przy tym czymś słodkim. Dla mnie było to bardzo ważne i po raz kolejny utwierdziło w przekonaniu, że Bóg na mojej drodze stawia wspaniałe osoby.

Teraz bardziej przyziemny, ale też istotny temat (przynajmniej dla mnie!): jedzenie. O tym, że warzywa – zwłaszcza te zielone -  „kłują mnie w język” wiedzą wszyscy, z którymi miałam okazję wybrać się kiedyś na wspólny obiad. Z natury jestem mięsożerna, a tylko te wybrane warzywa, lądowały skromnie na moim talerzu tuż obok imponującej porcji mięsa. I jakby mi ktoś pół roku temu powiedział, że na widok fasolki szparagowej i kukurydzy zrobi mi się cieplej na sercu, to kazałabym mu się zwrócić o pomoc do dobrego psychologa… Tymczasem, będąc w Zambii, okazało się, że są to bardzo dobre warzywa! Co prawda siostry na obiad przygotowują je bardzo rzadko, jednak jak już jest to cieszy oko i żołądek. Normalnie na co dzień do obiadu z warzyw jest sama zielenina, która wygląda jak gotowana trawa. Z racji tego, że w Polsce byłam wzrokowcem jeśli chodzi o jedzenie i wychodziłam z założenia, że smakuje mi tylko to co ładnie wygląda i nie jest zielone, na początku ciężko było mi się przełamać do nowych potraw, które nie zawsze tutaj dobrze wyglądają. Okazuje się jednak, że smaki w takich przypadkach też mogą być zadowalające, a i eksperymentowanie z jedzeniem może pobudzić szereg kubków smakowych, o których wcześniej nie miałam pojęcia. Chcąc nie chcąc otworzyłam się więc na nowe doznania kulinarne, które siostry starają się dawkować w naszej kuchni. Tym oto sposobem próbowałam już mięsa z krokodyla, smażonych robaków, gotowanych zielonych warzyw, których nie umiem nawet nazwać, a widok których na początku przyprawiał mnie o gęsią skórkę. W czasie ostatniego lunchu tutejsze Siostry zaczęły mnie podgadywać co do eksperymentów kulinarnych (muszę przyznać, że humory im dopisują w tym aspekcie) i wspólnie ustaliłyśmy listę rzeczy z dość ciekawymi pozycjami, które powinnam jeszcze spróbować…

Najpiękniejsze, co jednak mogło mnie tutaj spotkać to fakt, że Afryka uczy nie tylko cierpliwości i pokory (których mi bardzo potrzeba), ale uczy też jak doświadczać Boga bardziej i lepiej. Będąc na drugiej półkuli, 12 tys. km od domu, przyjaciół, rodziny, bliskich i pozostawiając swoje dotychczasowe życie w Polsce, codziennie konfrontuje się z samą z sobą – z moimi słabościami, lękami, oczekiwaniami. Do tego dochodzi misyjna rzeczywistość – zupełnie inna i momentami niezrozumiała kultura, praca w oratorium z opuszczonymi i ubogimi dziećmi, których widok potrafi ściskać za serce (ale które dają mi niezmiennie dużo radości) oraz życie wśród Sióstr zakonnych, które jest podyktowane pewnymi warunkami. Wszystkie te aspekty składają się na moje tutejszą rzeczywistość, która po pół roku jest dla mnie już czymś normalnym i naturalnym, ale która wymagała też ode mnie zmian w myśleniu i zachowaniu. Przed moim wyjazdem wiedziałam, że mogą pojawić się trudności, jednak uświadomiłam sobie tak naprawdę będąc już tutaj na miejscu, że praca nad samą sobą do najłatwiejszych nie należy. I paradoksalnie, wszelki włożony trud rekompensuje mi właśnie to misyjne życie, którego dziś na żadne inne bym nie zamieniła, a które na początku nie było momentami łatwe i przyjemne. Bóg jednak obdarzył mnie dużą łaską, dając mi możliwość wyjazdu na misję i doświadczania Go w mojej codziennej posłudze. I chociaż pojawiają się czasami trudniejsze dla mnie momenty, to zawierzam Mu każdy swój dzień, dziękując za dar misji w moim życiu i za możliwość pracy nad swoimi słabościami właśnie tutaj w Zambii, gdzie perspektywa jest zupełnie inna. I oczywiście pojawiają  się niekiedy chwile rozczarowania, czy niezrozumienia, jednak staram się przyjmować to z pokorą w sercu i pamiętając, że właśnie w takich chwilach najlepiej wszystko zawierzyć Ojcu.

W przeddzień rozpoczynający Wielki Post, robię sobie rachunek sumienia z ostatniego pół roku, które spędziłam w Zambii - jest nad czym pracować, więc mam też nadzieję, że czas ten przyniesie wiele dobrych owoców. Wierzę też, że pomimo już pewnego rodzaju przyzwyczajenia, Bóg szykuje dla mnie dobre rzeczy i dobrych ludzi, za których zawsze będę dziękować. Bo tak naprawdę będąc tutaj na misjach, uświadomiłam sobie, jak ważne są relacje z innymi. I każda z nich jest cenna – zarówno ta kilkunastoletnia, jak i ta, która może tylko przetrwać czas Zambii.  

P.S.
Na początku roku w Oratorium udało nam się zawiązać klub tenisa stołowego, którego mam przyjemność być liderem! Dla mnie to świetna sprawa, bo bardzo lubię ten sport, a i tutejsze chłopaki mają duże predyspozycje w tym kierunku, więc jest z kim grać dobre mecze. Jednego dnia, kiedy miałam bardzo dobrą passę, nie odchodziłam od stołu przez dwie godziny, cały czas rozgrywając mecze w sali naszego Oratorium, gdzie w moim odczuciu było bardzo gorąco. Kiedy już kończył się czas treningu wyszłam na zewnątrz, aby zaczerpnąć świeżego powietrza i wówczas zleciały się wokół mnie dzieci, pytając co mi jest i czy nie jestem chora. Również chłopaki z mojego tenisowego teamu, kiedy ujrzeli mnie w świetle dziennym, bardzo się zmartwili moim wyglądem, dopytując czy nie powinnam jechać do lekarza sprawdzić co się dzieje… Problem polegał na tym, że ja nie miałam pojęcia o co w ogóle chodzi! Dopiero jak zobaczyły mnie niemieckie wolontariuszki, to zaczęły się śmiać, radząc abym przejrzała się w lusterku, bo moja twarz ze zmęczenia i gorąca, wygląda jak burak. Przeglądając się w przedniej kamerze telefonu, uspokoiłam wszystkich, że nie umieram, tylko po prostu jak się męczę to taka jest reakcja mojego organizmu i twarz robi mi się czerwona. Usłyszałam wówczas od chłopaków z mojego teamu, że zaniosą mnie do domu (na rękach!), skoro tak się zmęczyłam… Bóg stawia na mojej drodze naprawdę wspaniałych ludzi!